Home / Baklava / Autostopem z Turcji do Iraku
10858652354_182b927951_o

Autostopem z Turcji do Iraku

Wschodnia Turcja i Irak 30.10-9.11.2013

Gdyby ktoś powiedział mi jeszcze miesiąc temu, że pokonam autostopem 3,500 km podróżująć po Turcji, aż do Iraku, z pewnością bym nie uwierzyła. Wiele osób uznałoby to za szalone i niebezpieczne. Wraz z chłopakiem, zachęceni relacjami z podróży znalezionymi na blogach i forach internetowych, postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze, czy uda nam się tego dokonać. W końcu Turcja jest jednym z najbardziej przyjaznych krajów dla autostopowiczów, więc czemu z tego nie skorzystać?

Nasz plan obejmował 11 dni podróży, od 30.10 do 9.11, zaczynając w Isparcie, mieście, w którym mieszkam od 2 miesięcy. Pierwszy przystanek objął zdecydowane „must-see”, czyli Kapadocję. Trasa wyniosła 500 km, więc jeden dzień poświęcony został na dojazd. Po dwóch dniach spędzonych w Kapadocji zaplanowaliśmy, by dotrzeć do Gaziantep, gdzie mieliśmy nocleg. W tym mieście obowiązowa baklawa. 2 listopada to zwiedzanie Urfy, a wieczorem podróż do Mardin i nocleg. Czas zweryfikował te plany i ostatecznie znaleźliśmy się w Silopi przy granicy z Irakiem. 3-5 listopada upłynął pod znakiem podróży i pobytu w Iraku. Na 6 listopada zaplanowaliśmy powrót do Turcji, zwiedzanie Midyat, Hasankeyf oraz Mardin. 7 listopada podróż do Mersin oraz nocleg, a dzień później wyprawa do Alanyi, nocleg i powrót do Isparty.

Podróż zaczęła się w Isparcie, gdzie obecnie studiuję. Miasto położone ponad 1000 m n.p.m, otoczone jest pasmem wysokich gór Taurus. Isparta zwana jest miastem róż, ze względu na znane w całej Turcji uprawy tej rośliny. Bardzo popularne są tu tzw. „różowe sklepy”, w których wszystkie produkty, od kosmetyków po słodycze, zrobione są właśnie z lokalnych róż. Jedną z nich mieli nawet w swoim ogródku Assem i Mustafa, kazachsko-tureckie małżeństwo, u którego nocowaliśmy w Erbilu, stolicy Autonomicznej Republiki Irackiego Kurdystanu. Z Isparty skierowaliśmy się na wschód, wzdłuż wybrzeża malowniczo położonego jeziora Eğirdir, będącego częścią tureckiej Krainy Jezior, zbiorników pochodzenia tektonicznego otoczonych górami Taurus. To czwarte największe jezioro w Turcji (drugie wśród słodkowodnych jezior). Eğirdir plasuje się bardzo wysoko na mojej osobistej liście najpiękniejszych miejsc w Turcji. Widok naprawdę zapiera dech w piersiach. Pierwszym naszym kierowcą okazał się Kurd, który podwiózł nas jedynie 30 km. Niestety nie dowiedzieliśmy się od niego niczego o wschodzie Turcji, gdyż nie mówił po angielsku. Jak się okazało, ten problem pojawiał się też później. Rozmowy nie należały do najłatwiejszych, gdyż musieliśmy wspomagać się nienajlepszym słownikiem angielsko-tureckim. Pierwszego dnia, z 11 kierowców, z którymi jechaliśmy, tylko jeden potrafił porozmawiać po angielsku. Zostawił nam swój numer telefonu, gdybyśmy mieli problemy w trakcie naszej podróży. Tego dnia pokonanie 100 km zajęło nam kilka godzin, gdyż wybraliśmy krótszą, lecz lokalną drogę, na której ruch był niewielki. Po około godzinnym oczekiwaniu na samochód udało nam się zatrzymać transport mleka, niezbyt wygodnie i szybko, ale przynajmniej udało nam się wyrwać z tego pechowego miejsca.

Po całym dniu podróży dotarliśmy do Göreme, niewielkiego miasta znajdującego się w Parku Narodowym wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Byliśmy zmęczeni długą podróżą, chciliśmy jednak obejrzeć Kapadocję nocą. Podświetlone skalne hotele, restauracje i domy wyglądały jak z bajki, byliśmy bardzo ciekawi jakie widoki powitają nas następnego dnia. Kapadocja jest dużą krainą historyczną, by zobaczyć wszystkie jej zakątki trzeba mieć dużo czasu i najlepiej samochód. My zdecywaliśmy się wypożyczyć rowery, by w ciągu jednego dnia zobaczyć najważniejsze miejsca. Dotarliśmy do skalnego miasta w Çavuşin i Paşabağlari, gdzie zobaczyć można skalne formacje przypominające wędrujących przed siebie mnichów i stąd nazwa tego miejsca – Dolina Mnichów. Po południu wybraliśmy się także do Göreme Open Air Museum, miejsca z pięknymi widokami, licznymi chrześcijańskimi kościołami i budynkami mieszkalnymi wykutymi w skałach. Wśród nich największy i mający najlepiej odrestaurowane freski z wydarzeniami z Nowego Testamentu jest Karanlık Kilise – Ciemny Kościół. Wstęp do niego jest dodatkowo płatny 8 TL, jednak warto ponieść dodatkową opłatę, by go zobaczyć. Kapadocja jest jednym z najważniejszych miejsc w Turcji, które zdecydowanie trzeba odwiedzić podczas podróży po tym kraju. Unikalne formy tufowe tworzą niespotykany nigdzie krajobraz. Pobudza on wybraźnię i skłania do refleksji, jak wyglądało tam kiedyś życie oraz jak radzili sobie tamtejsi mieszkańcy. Kapadocja jest nastawiona wyłącznie na turystów, cięzko jest więc przejść ulicą i nie być namawianym na wizytę w restauracji, czy w sklepie z pamiątkami. Nie różni się więc ona pod tym względem od zatłoczonych kurortów nadmorskich, a mieszkańcy widzą w turystach tylko pieniądze i nie są zainteresowani, by lepiej ich poznać.

Trzeci dzień naszej wyprawy upłynął pod znakiem długiej podróży. Mieliśmy do pokonania 500 km z Göreme do Gaziantep. Nie mieliśmy szans na dyskusję z kierowcami, którzy nie rozumieli najprostszych zwrotów po angielsku. To zadziwiające, że nawet młodzi ludzie, chociaż słuchają w samochodzie anglojęzycznej muzyki i uczą się tego języka szkole, w rozmowie z nami nie są w stanie nic powiedzieć. Na szczęście znaliśmy podstawowe tureckie zwroty, więc nie jechaliśmy w zupełnej ciszy. Z okolic Adany zabrał nas przemiły Ali, który jechał z transportem do Iranu. Wręcz nakazał nam spróbować słynnej w całej Turcji baklawy z Gaziantep, częstował słodyczami, herbatą i kawą z tego miasta. Swoją ciężarówką nie mógł wjechać do centrum, ale zadzwonił po swoich znajomych, którzy nas tam zabrali. Dopilnował byśmy dotarli na miejsce i czekał, aż nasz host z couchsurfingu Mehmet zjawi się, by nas zaprowadzić do swojego mieszkania. Mehmet gościł już niejednego szalonego podróżnika, w tym Polaków, którzy autostopem lub rowerem przemierzali Turcję do Iraku, a dalej do Iranu. Nie byliśmy więc pierwszymi z takim planem podróży. Bardzo chcieliśmy się zatrzymać na dłużej w Gaziantep, lecz ze względu na napięty grafik, musieliśmy ponownie ruszyć w trasę. Po śniadanu w plenerze zatrzymaliśmy kierowcę, który potwierdził, że jedzie do Urfy. Jak się okazało zawiózł nas na pobliski przystanek autobusowy. Kolejny problem z komunikacją. Nie minęła jednak minuta, kiedy zatrzymał się dla nas kolejny samochód. Kierowca mówił trochę po angielsku, powiedział, że zobaczył nas na drodze i chce nam pomóc. Pojechaliśmy na stację benzynową, gdzie pytał kierowców, w którym kierunku jadą i czy nas ze sobą wezmą. Bardzo szybko znalazł nam ciężarówkę, która jechała do samej Urfy. Zastanawialiśmy się, czy mamy takie szczęście, czy po prostu w Turcji takie rzeczy się dzieją. Opowiadamy się za tą drugą opcją.

Po południu udało nam się dotrzeć do Şanlıurfy, miasta trzech kultur: tureckiej, arabskiej i kurdyjskiej. Turyści w tym mieście to przede wszystkim muzułmanie odwiedzający to święte dla nich miejsce, w którym według legendy narodził się Abraham, zwany przez nich Ibrahimem. Wędrowaliśmy przez całe miasto by dotrzeć do kompleksu parkowego z sadzawką, zwaną Balıklı Göl, wypełnioną świętymi rybami. Wiąże się z tym miejscem ciekawa legenda, z którą można zapoznać się przy wejściu. Głosi ona, że król Nimrod, uważany za założyciela Sanliurfy, chciał ukarać Abrahama za zniszczenie pogańskich posągów. Nakazał wrzucić proroka w ogień, jednak z pomocą Boga udało mu się uniknąć śmierci. Bóg zesłał na miasto wichurę, która uniosła Abrahama, po czym zrzuciła go do sadzawki, a z popiołu powstały święte karpie, których nie można łowić ani zjeść, gdyż grozi to ślepotą. Zauważyliśmy, że dokarmianie ryb jest ulubionym zajęciem turystów odwiedzających to miejsce. Udaliśmy się także na szczyt cytadeli, wznoszącej się wysoko nad miastem, skąd mieliśmy widok na zarówno stare jak i nowe centrum. Rozkoszowanie się widokiem utrudnili nam trochę naganiacze podstawiający nam menu pod nos i cyganie proszący o pieniądze, ale zdecydowanie warto było obejrzeć miasto z tej perspektywy.

Kolejny samochód łapaliśmy już po ciemku. Nie było łatwo. Jedna z ciężarówek zatrzymała się na widok machającej dziewczyny, jednak gdy kierowca dostrzegł, że nie jestem sama, szybko odjechał. Po dłuższej chwili udało się zatrzymać kierowcę cysterny, Abdullaha, który jechał po ropę do Zakho w Iraku. Zgodnie z naszym pierwotnym planem kolejnym punktem podróży było Mardin, jednak przełożyliśmy je na później i zdecydowaliśmy się wyruszyć w drogę do Iraku. U Abdullaha „İngilizce yok” (angielski brak – jak to mówili nasi kierowcy), ale mimo to udało nam się jakoś porozumieć. Upewnił nas, że w północym Iraku jest bezpiecznie, wymienił miejsca, w których się nie pojawiać, a już na pewno trzymać się z daleka od Syrii. Nie ukrywaliśmy podekscytowania jadąc drogą zaledwie kilka metrów obok granicy tego ogarniętego wojną domową państwa. Uspokoiła nas obecność licznych opancerzonych wozów policyjnych i częste posterunki wojskowe. Około 20 km od granicy przywitał nas sznur tirów stojących w kolejce do kontroli. My jakimś cudem przemknęliśmy obok ponieważ,  jak później wytłumaczyli nam nasi kierowcy, cysterna ma pierwszeństwo na granicy. Najprawdopodobniej dlatego, że tiry czekające w kolejce wwoziły towary do Iraku, a cysterny jechały po ropę z Iraku, co jest opłacalne dla rządu autonomii Kurdystanu.  Wjechaliśmy do przygranicznego miasta Silopi. Nikt troszczący się o swoje życie i przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się przejść przez nie nocą. Miasto wyglądało tak, jakby jeszcze dzień wcześniej odbywały się tam zamieszki. Jak się później okazało, każdy potwierdzał nasze obawy – „Silopi Problem” słyszeliśmy od Turków. Nasz host w Erbilu ostrzegł nas, że dochodzi tam często do rabunków, gwałtów i strzelanin, więc warto minąć to miato jak najszybciej. My na szczęście byliśmy bezpieczni śpiąc w ciężarówce na przygranicznym parkingu.

Irak

Wciąż w pamięci mam gesty wszystkich znajomych, którzy pukali się w głowę na wieść o naszych planach. Plus to ich przerażenie w oczach, bo przecież pchamy się w paszczę lwa. Uspokojeni relacjami z blogów i zapewnieniami tureckich kierowców, że w północnej części Iraku, będącej pod kontrolą Kurdów, jest bezpiecznie, nie wahaliśmy się dłużej. Mało kto wie, że Irak to tak naprawdę dwa państwa i potrzeba specjalnych pozwoleń by przedsotać się z jednej części do drugiej. Autonomiczna Republika Kurdystanu rządzi się własnymi prawami, ma dużą autonomię i choć po 1991 roku, kiedy wyparto wojska irackie z tego terenu, ogłoszono niezależne państwo kurdyjskie nie proklamując jednak niepodległości. Po porannej herbatce z Abdullahem założyliśmy plecaki i wyszliśmy z parkingu na drogę prowadzącą do granicy. Nie można jej przekroczyć pieszo, więc już bliżej przejścia mieliśmy zamiar poprosić kogoś, by nas przewiózł. Nie minęło jednak kilka minut, kiedy zatrzymał się dla nas samochód, którego kierowca zamachał do nas nakazując wsiadać. Szybko poszło. Pierwsza kontrola na granicy przyniosła nam zapowiedź tego, co będzie działo się w trasie. Żołnierz znacząco unosił brew kartkując nasze paszporty, zadawał liczne pytania o cel naszej podróży, skąd jesteśmy (chociaż przejrzał dokumenty), gdzie się zatrzymamy itp. Miałam tylko nadzieję, że nie zapytają o imię i nazwisko naszego hosta w Erbilu, bo zapisałam tylko jego numer telefonu. Wizę, a właściwie pozwolenie na wjazd w postaci wbitej pieczątki do paszportu, otrzymaliśmy w ciągu kilku minut. Nie kosztowała ona nas złamanego dinara, lecz w ciągu 15 dni musieliśmy opuścić kraj lub udać się na posterunek policji w celu wyrobienia dowodu osobistego. Po drugiej stronie granicy podeszli do nas taksówkarze oferujący przewóz do oddalonego o ponad 200 km Erbilu, cena wywoławcza: 50$. Nie zamierzaliśmy jednak korzystać z ich usług, woleliśmy stary, dobry autostop. Przymierzaliśmy się do zatrzymania samochodu, kiedy usłyszeliśmy za nami hamującą turecką ciężarówkę, która jak się okazało, zmierzała prosto do Erbilu. Cały ten odcinek pokonywaliśmy praktycznie cały dzień. Drogi były marnej jakości, co dla nas, jadących ciężarowką wyładowaną towarem, oznaczało niezbyt przyjemne doznania. Nasz kierowca, Tahir, nie mówił po angielsku, tu brak zaskoczenia, ale uzgodniliśmy cel naszej wycieczki. Przez pół trasy, nie wiedzieć czemu, trzymał się kursu na Mosul, a wizyty w tym wciąż jednym z najniebezpieczniejszych miast na świecie chcieliśmy uniknąć jak ognia. Uparcie mijał zjazdy na Erbil, więc dorobiliśmy się kilku siwych włosów w trakcie tej podróży. Na trasie co kilkadzięsiąt kilometrów ustawione były checkpointy, na których kurdyjscy żołnierze kontrolowali każdy samochód. Nasz kierowca nie miał znami lekkiej jazdy, gdyż za każdy razem przepytywano nas szczegółowo na temat naszej podróży, dokładnie sprawdzano paszporty, ale na słowo „Poland” puszczano nas dalej bez problemu. Żołnierze często dziwili się że podróżujemy autostopem i jako turyści powinniśmy jechać taksówką, a nie tirem. Byliśmy już 50 km od Erbilu, kiedy skontaktowaliśmy się telefonicznie z naszym hostem, Mustafą, by umówić się na „przechwyt” w uzgodnionym miejscu. Nie mógł on wyjechać z miasta, gdyż firma, dla której pracował, zatrzymała jego paszport. Nasz kierowca z kolei nie mógł wjechać do centrum. Umówiliśmy się więc, że ostatni checkpoint przed Erbilem przejdziemy pieszo i stamtąd odbierze nas Mustafa. Pożegnaliśmy się więc z Tahirem i wyrusziliśmy do miasta pickupem naszego hosta. To co zobaczyliśmy w mieście zaskoczyło nas. Na całej trasie widzieliśmy tylko rozległą pustynię, biedę, małe, ubogie wioski, ale Erbil, w języku kurdyjskim znany jako jako Hawler, był inny. Miasto rozrasta się w szybkim tempie, powstają wysokie wieżowce, hotele i centra handlowe w zachodnim stylu. Przewiduje się, że za kilka, kilkanaście lat, dzięki ambitnym projektom budowlanym Erbil będzie przypominał Dubaj lub Abu Zabi. Firmy operujące na terenie całego Iraku budują tu swoje siedziby ze względu na brak zagrożenia zamacham terrorystycznymi o skali takiej, jaka ma miejsce na południu kraju. Mustafa to architekt pracujący dla tureckiej firmy, budującej kompleks wieżowców w dzielnicy Erbilu o nazwie Ankawa. Mieszka na spokojnym osiedlu domków jednorodzinnych ze swą kazachską żoną Assem. Dzięki jego pracy mogliśmy podziwiać widok na cały Erbil i jego okolice z najwyższego, niewykończonego jeszcze budynku w mieście – Empire Tower. Mustafa i Assem byli zniezwykle gościnni, opowiadali nam o życiu w tej części Iraku, oprowadzili nas po mieście. W Erbilu istnieje jakaś forma komunikacji publicznej – w tej roli stare, zdezelowane minibusy, ale co jest typowe dla miast Wschodu, jest kompletnie niezrozumiała i nieczytelna dla osób z zewnątrz,  podobno korzystają z niej wyłącznie pracownicy fizyczni z Dalekiego Wschodu. Wszyscy pozostali, którzy akurat nie poruszają się po mieście swoim samochodem, korzystają z usług taksówek, które są tanie, zapewnie z powodu ich powszechności i taniej ropy. Przykładowo cena za przejazd z peryferyjnej dzielnicy do samego centrum wyniosła około 13 zł. Co za ok. półgodzinną jazdę jest bardzo dobrą ceną. Najlepiej jednak ustalić cenę z kierowcą zanim wsiądzie się do samochodu. Dowiedzieliśmy się także, że to głównie obcokrajowcy pracują na rozwój tego miasta. Rdzenni mieszkańcy są zbyt rozleniwieni przez rząd, który co miesiąc rozdaje im 400$, suchą żywność i 200 litrów paliwa. Wykwalifikowani robotnicy przyjeżdżają głównie z Turcji, Wielkiej Brytanii, Rosji i Niemiec, gdyż zachęcają ich do tego zarobki o wiele wyższe niż w ich państwach. Prostszych i słabo płatnych zajęć podejmują się imigranci z Bangladeszu, Indii czy Filipin. W Erbilu można przede wszystkim zaobserować styl życia mieszkańców, gdyż miejsc do zwiedzania nie jest wiele. Na uwagę zasługuje stare centrum miasta położone na wzgórzu, którego wysokość dochodzi do 32 metrów. Najstarsze ślady osadnictwa w tym miejscu sięgają piątego stulecia przed naszą erą. Niestety zwiedzanie cytadeli jest znacznie utrudnione przez trwające tam od 2007 roku prace renowacyjne. Ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy tam parę Polaków, którzy wykupili wycieczkę do Erbilu będąc na wakacjach w Turcji i wynajętym samochodem, wraz z przewodnikiem, przyjechali zwiedzić miasto. Jedynym miejscem, do którego można było wejść był meczet z bardzo sympatycznym i znanym wszystkim turystom imamem. Opowiedział o meczecie, pokazał książkę z wpisami zwiedzających, a także poczęstował wodą i daktylami. Udaliśmy się także do pobliskiego Minare Park, w którym stał zabytkowy, 36-metrowy minaret, postawiony w XII wieku. Przyjemnie było wygrzać się na ławce, w 30-stopniowym upale i to jeszcze w listopadzie. Spacerując, co chwilę napotykaliśmy na patrole policyjne i wojskowe, przez każdym ważniejszym budynkiem stali żołnierze wyposażeni w długą broń, zabraniali fotografowania budynków rządowych i posterunków policji. Ta ostrożność jest zrozumiała, gdyż jeszcze we wrześniu tego roku miał miejsce zamach, w których zginęło 6 osób, po tym jak samochód wyładowany materiałami wybuchowymi eksplodował na komisariacie. Od 2007 roku do tego momentu w Erbilu nie miał miejsca żaden zamach. W Autonomii Kurdyjskiej powszechnym środkiem płatniczym oprócz irackich dinarow są także dolary. Można zapłacić nimi za zakupy i otrzymać resztę w dinarach. Rozliczanie się w miejscowej walucie nie należy do najłatwiejszych, 10 $ to jakieś 12 tyś. dinarów, a ceny wyrażone w tysiącach mogę trochę pomieszać w głowie. Kolejny dzień upłynął nam pod znakiem wizyty na budowie nadzorowanej przez Mustafę oraz na zakupach w centrum handlowym. W Iraku poczuliśmy się tak, jak wyobrażaliśmy sobie Bliski Wschód. Pustynne krajobrazy, przypiekające słońce, mnóstwo kurzu, orientalne, tradycyjne stroje mieszkańców i bazy wojskowe pilnowane przez żołnierzy wyposażonych w karabiny maszynowe. Atmosfera zdecydowanie inna niż ta w Turcji. Wydostać się z Iraku autostopem nie było już tak łatwo i bezpiecznie, więc zdecydowaliśmy się kupić bilety na nocny autobus, by rano móc znów zwiedzać wschodnią Turcję. Dojazd do granicy trwał o wiele krócej niż jazda dookoła ciężarówką, jednak samo przekroczenie granicy zajęło dużo dłużej, bo około 3 godziny ze względu na długą kontrolę autobusu. W centrum Midyat o 5 rano powitały nas dwa sympatyczne osiołki zdziwione naszą obecnością bardziej niż my nimi. Byliśmy zmęczeni, głodni i zmarźnięci, ale nie mieliśmy innego wyjścia jak zacząć zwiedzanie. Stara część miasta okazała się przepiękna, dorównująca, a nawet może i przewyższająca urodą Mardin, bo zaciszna, niezatłoczona i tym samym bardziej urocza. Co zadziwiające, czuliśmy się jak wśród tych dawnych plemion pasterskich, gdyż co chwile wąskimi uliczkami przebiegały stada owiec i kóz, mieszkańcy przejeżdzali na obładowanych rzeczami koniach i osiołkach, a między naszymi nogami biegały kury. W Midyat przenikają się trzy religie: muzułmańska, chrześcijańska i żydowska. Chrześcijanie to ortodoksi obrządku syryjskiego, którzy stanowią jeden z najstarszych istniejących odłamów tej religii. Około 6 rano weszliśmy do jedynego otwartego kościoła, który znaleźliśmy. Wejścia do innych zamknięte były na kłódkę, a mury zakończone drutem kolczastym. Podobnie było w Mardin. Najwyraźniej chrześcijanie nie spotykają się w tym regionie z przychylnym nastawieniem. Weszliśmy do kościoła w czasie ich modlitwy. Jak się później dowiedzieliśmy posługiwali się językiem syriackim, odłamem aramejskiego. Wnętrze kościoła było równie interesujące, zdjęcia zamieściliśmy w podanej niżej galerii. Pozostałe budynki wykonane z żółtego piaskowca także nas zaciekawiły. Były odrestaurowane i zadbane, a klimat, który stworzyły jest nie do opisania. Po zwiedzaniu czekaliśmy tylko na otwarcie jakiegokolwiek lokalu z ciepłą zupą, naszą ulubioną corbą mercimek, czyli zupą krem z soczewicy. Ugryźliśmy się w język podczas zamawiania herbaty. Zawsze był to turkish ciaj, ale w kurdyjskiej części uznano by to za obrazę. Wypiliśmy więc kurdish ciaj i wyruszyliśmy na północ, do Hasankeyf. Na to starożytne miasto położone nad rzeką Tygrys składa się około 8 tysięcy jaskiń zamieszkiwanych przez ludzi do czasów I wojny światowej. Niestety, co nas rozwścieczyło, władze tureckie zamierzają zalać te piękne tereny i wybudować tamę, by w ramach projektu GAP (Projekt Południowej Anatolii), doprowadzić do, jak twierdzą, wyrównania szans rozwojowych południowo-wschodniej Turcji i podniesienia poziomu życia tamtejszej ludności. Coś nam się wydaje, że to tylko oficjalna wersja i kryje się za nią kwestia polityczna. To przykre, że Turcy chcą zniszczyć tak wspaniałe miejsce, które przecież powinna uczynić jednym ze swych skarbów narodowych. W Hasankeyf tkwi olbrzymi potencjał turystyczny, a co za tym idzie gospodarczy, choć to najwidoczniej niezbyt przekonujący argument. Nie udało nam się wejść na teren cytadeli, gdyż jak się okazało, grozi ona zawaleniem. Wybraliśmy się więc na spacer pięknym kanionem, choć nie potrwało to długo, gdyż ze względu na groźe, bezdomne psy musieliśmy zawrócić. To niestety zmora w Turcji, która najwidoczniej nie potrafi sobie poradzić z problemem bezpańskich zwierząt.

Ostatnim punktem tego dnia był Mardin, chyba najpopularniejsze miasto wschodniej Turcji. Każdy na słowo „Mardin” odpowiadał nam „çok, çok güzel!”. Rzeczywiście, stara część miasta położona na wysokim wzgórzu wygląda malowniczo. Wąskie uliczki, kamienne domki, kościoły i meczety sprawiają, że to miejsce jest tak unikatowe. Na szczycie miasta góruje cytadela, do której cywile nie mają niestety wstępu. Z wyższych partii starego miasta można dostrzec rozległą równinę, a z wytężonym wzrokiem i przy dobrej pogodzie widać sporą część Syrii oddalonej o 20 km od Mardin. To miasto czterech kultur: tureckiej, kurdyjskiej, chrześcijańskiej oraz wyznawców jazydyzmu, złożonej religii synkretycznej, a uważanej czasem za sektę uprawiającą kult szatana. Popularne są tu sklepy z winami domowej roboty, należące do syryjskich Ortodoksów. Jedna pani zaciągnęła nas do swojego domu i zaproponowała kupno butelki za 15 TL, jednak nie mieliśmy wówczas przy sobie gotówki, czego żałowaliśmy. Zdecydowanie warte odwiedzenia jest zlokalizowane w bajecznie wyglądającej posiadłości muzeum posiadające liczne zasoby archeologiczne (wstęp 5 TL). Można także obejrzeć krótki film o historii Mardin i jego okolicach. Wśród licznych meczetów najważniejszy jest Wielki Meczet, którego wzniesienie datuje się na XII wiek. W Mardin stało się to, czego się obawialiśmy w trakcie całej podróży. Rozchorowaliśmy się i nie dotarliśmy do wszystkich miejsc, które planowaliśmy zwiedzić. W tej sytuacji chcieliśmy jak najszybciej wrócić do oddalonej o 1200 km Isparty. Mieliśmy duże szczęście, że zatrzymaliśmy ciężarówkę jadącą prosto do Mersin. Jej kierowca, Ali, nie był zbyt rozmowny, mogliśmy się więc spokojnie zdrzemnąć. Wieczorem, ku naszemu zaskoczeniu, nie pozwolił nam zostać w hotelu i zaprosił do swojego mieszkania. Po raz kolejny mieliśmy przyjemność doświadczyć kurdyjskiej gościnności. Nakarmiono nas, napojono, przygotowano świeże posłanie, a rano odstawiono na miejsce, z którego mogliśmy kontynuować naszą podróż. Mając w pamięci trasę, którą do tej pory pokonaliśmy, stąd był już praktycznie rzut beretem do Isparty. Wybraliśmy niezbyt uczęszczaną drogę powrotną wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego i bez chwili zastanowienia powiem, że warto było. Droga pięła się wysoko w górach i przez cały czas nie znikał nam widok morza. Miejscowości po drodze znacznie różniły się od Mersin, czy Antalii. Przygotowane były raczej na tureckich turystów, którzy chcą wypocząć zdala od obcokrajowców i cen przygotowanych właśnie dla nich. My, wciśnięci w wypełniony orzechami, truskawkami i bananami stary samochód, poruszaliśmy się żółwim tempem, by wieczorem dotrzeć do Alanii. Żegnając się z nami, dość absorbujący i niezwykle rozmowny (oczywiście w języku tureckim) kierowca Bahri zapakował nam worek orzeszków ziemnych i podwiózł pod znaleziony nam przez jego znajomego taksówkarza pensjonat. Na miesjcu poczuliśmy się już jak „u siebie”, czyli po europejsku. Wysokie ceny podane najczęściej w euro i dolarach, rzędy hoteli i ostatnie już chyba grupy zagranicznych turystów wygrzewających się na plaży. Największą atrakcją tego miasta jest średniowieczny zamek, na który składa się m.in. cytadela, system murów obronnych i charakterystyczna Czerwiona Wieża, symbol Alanii. Na 250-metrowe wzgórze doszliśmy o własnych siłach, choć można tam także wjechać samochodem lub miejskim autobusem. Omijając główną drogę na szczyt wybraliśmy się kilka razy krótszą ścieżką lecz i tam dostrzegł nas samozwańczy przewodnik, który postanowił, że nam coś pokaże. Domyślaliśmy się co się święci, więc po chwili postanowiliśmy odłączyć się od niego i samodzielnie kontynuować zwiedzanie. W cytadeli nie zachwyciło nas w zasadzie nic, oprócz przepięknego krajobrazu z tarasu widokowego. Twierdza otoczona jest lazurowym morzem z trzech stron, a z czwartej wysokimi, gęsto usianymi górami Taurus. Takie położenie zamku musiało stanowić doskonałą ochronę przed wrogiem. Słońce zaczęło powoli chować się za horyzontem, kiedy postanowiliśmy zjechać autobusem do centrum miasta i udać się na Otogar. Po tysiącach kilometrów przejechanych autostopem zapragnęliśmy trochę wygody i kupiliśmy bilety autobusowe. 9 listopada późnym wieczorem, zmęczeni ale szczęśliwi, wróciliśmy do Isparty.

Co nas zaskoczyło?

Wydawało nam się, że dla Turków, to my byliśmy większą atrakcją niż oni dla nas. Nie mogli uwierzyć, że podróżujemy autostopem i usilnie prowadzili nas na Otogar (dworzec autobusowy), przestrzegali przed niebezpieczeństwem ze strony kurdyjskich partyzantów i czy syryjskich uchodźców. Kierowcy podkreślali, że na zachodzie Turcji jest spokojnie i bezpiecznie, ale jeśli chcemy jechać dalej na wschód, powinniśmy wybrać się autobusem. Nic bardziej mylnego. Ośmieliliśmy się nawet wysnuć wniosek, że im dalej na wschód tym ludzie są bardziej przyjaźni i otwarci. Świadczyć o tym może choćby fakt, że niektórzy kierowcy sami zatrzymywali się, wypytywali o cel podróży, skąd jesteśmy, chętnie nas podwozili, a nawet jeśli nie wybierali się w naszym kierunku, pomagali nam zatrzymać samochody. Zdarzyło nam się to w drodze do Gaziantep. Nasz kierowca wybierał się do Adany, ale zamiast zostawić nas na rozjeździe, podjeżdżał do innych pytając się, czy nas ze sobą zabiorą. Na autostradzie! Inny sympatyczny Turek zabrał nas kilka kilometrów tylko po to, by na skrzyżowaniu pomóc nam znaleźć auto jadące do Urfy. Wypiliśmy z naszymi kirowcami niezliczone ilości tureckiej herbaty, dostawaliśmy od nich jedzenie, oferowali nocleg w swoim domu, dzwonili do hostów z couchsurfingu, by upewnić się, że na pewno mamy gdzie się zatrzymać. Otrzymaliśmy mnóstwo dobroci i pomocy ze strony Turków i Kurdów, podczas gdy powszechna opinia o nich nie jest zbyt pochlebna. Trzeba tego doświadczyć na własnej skórze, by przekonać się, jacy są naprawdę. Coś, czego bardzo zazdrościmy Turkom, to piękne, przeważnie trzypasmowe autostrady ciągnące się prawie na sam wschód. W pobliżu granicy z Syrią i Irakiem jakość dróg drastycznie spada, kierowcy muszą znacznie zwolnić, a jazda tirem staje się prawdziwą udręką. Jeśli ktoś narzeka na polskie drogi, powinien zobaczyć irackie. Zmiana zdania gwarantowana. Nowością były także dla nas zasady bezpieczeństwa w miejscach publicznych. Centra handlowe są szczególnie chronione. By wejsć do nich należy przejść przez bramkę i zdać torebki i plecaki do kontroli, a ochroniarze dokonują osobistej rewizji. Sprawdzaliśmy także więdzę Turków o Polsce. Co wiedzą? Legia Varşova, Lech Walesa i Lewandowski. Turcy są zagorzałymi fanami piłki nożnej. W wielu samochodach widzieliśmy szaliki ulubionych klubów, najczęściej Galatasaray lub Fenerbahçe. Wiedzą też, że u nas jest bardzo zimno, a kilku kierowcom ciężarówek zdażyło się kiedyś przejeżdzać przez  Polskę w drodze na zachód Europy. Dzięki nam znają już także czekoladę Wedla, którą rozdawaliśmy w podzięce za podwiezenie.

Negatywne wrażenia?

Śmieci. Turcy nie dbają o naturę, jedynie nadmorskie miasta są zadbane. W głebi kraju mija się góry śmieci, a kierowcy wyrzucają je przez okno swoich samochodów. Piękne krajobrazy i zabytki przyrody zakłócane są przez ten ponury krajobraz brudu i nieprzyjemnego zapachu. Stąd, bezpańskie, brudne psy i koty wałęsające się po ulicach, grzebiące w śmieciach w poszukiwaniu pożywienia. Niektóre z psów są naprawdę groźne i skutecznie odwiodły nas od pomysłu dalszego zwiedzania kanionu w Hasankeyf. Pozostali turyści również zawracali z drogi.

10 dni to zdecydowanie za mało, by dokładnie poznać wschód Turcji. Tak wielki i bogaty w unikalne miejsca kraj wymaga więcej uwagi. Z pewnością wrócimy tu jeszcze, by zobaczyć wszystkie miejsca, które ze względu na brak czasu musieliśmy pominąć w naszym planie. Zapewne gdybyśmy podróżowali samochodem lub z wycieczką udałoby nam się zobaczyć więcej. Podróż autostopem zabiera jednak wiele czasu, który moglibyśmy poświęcić na zwiedzanie, ale nie poznalibyśmy przecież tureckiej i kurdyjskiej uprzejmości w tak dużym stopniu. Pomimo wielu sytuacji, kiedy nie mogliśmy się dogadać z kierowcami odnośnie kierunku jazdy, zawsze docieraliśmy do właściwego miejsca. Pozwoliliśmy sobie nawet wymyślić motto naszej podróży, że niczego nie można być pewnym w Turcji, oprócz tego, że wszystko będzie dobrze.

Zachęcam do obejrzenia fotorelacji z wyprawy: http://www.flickr.com/photos/108702807@N03/

Joanna Gajda

About Katarzyna Glinko

Absolwentka politologii i stosunków międzynarodowych, stypendystka programu Socrates Erasmus w Turcji. Mieszkała w Stambule, gdzie studiowała Business & International Relations na İstanbul Kültür Üniversitesi. Miłośniczka dalekich i bliskich podróży, uwielbia odkrywać nowe miejsca, ale też wracać do tych ukochanych. Jest autorką przewodnika "Stambuł i europejska część Turcji".
KOMENTARZE

Dzięki za relację! W lutym planuję udać się w tym samym kierunku, dlatego ten opis może mi się bardzo przydać.