Home / Kultura / Muzyka / Bałkany całe tańczą i mieszkają w Stanach
Megitza; Fot. Kkasia Jarosz

Bałkany całe tańczą i mieszkają w Stanach

Megitza. Piękna góralka, która lubi jeść baklawę od czasu, gdy pracowała w libańskiej restauracji. Tak naprawdę nazywa się Małgorzata Babiarz i jest liderką zespołu muzycznego, o którym nam opowiada.

W kwartecie Megitza gramy muzykę etno-folk połączoną z nowoczesnymi formami muzycznymi, takimi jak: swing, rock, rock & roll, jazz, a czasami gramy nawet „trochę mocniej”. Ja w swojej muzyce, co wszystkim powtarzam, nie oszukuję. Śpiewam prawdę, moja muzyka wypływa z prawdy, inaczej nie potrafię. Dlatego zapraszam do słuchania nas wszystkich, którzy są zainteresowani prawdą i szczerością w muzyce. Tych, którzy nie lubią fałszu, udawania, kłamstwa i nie wierzą, że muzyka jest tylko po to, by zbić pieniądze.

A da się na tym zbić pieniądze?

Jeszcze tego nie wiem [śmiech].

Skąd pseudonim?

Od mojego imienia. Amerykanie nazywali mnie Meggy, a Megitza to jego „zbałkanizowana” forma – mój kolega z Chorwacji zawsze mnie tak nazywał. No i tak już zostało – Meggy. Tylko taka trochę „scyganiona”, „zbałkaniona”.

A gdzie w Stanach mieszkałaś?

W Chicago.

Skąd w Chicago folk? Dlaczego folk?

Jestem góralką.

No tak, wszystko jasne… Wszystko pasuje do obrazka: głos, uroda, Chicago…

[śmiech]

Jaki folk lubisz, tylko własny?

Nie, szeroko pojęty. Szeroko pojęty folklor, wszystko, co mnie inspiruje, a inspiruje mnie bardzo wiele rzezy, bardzo wiele kultur. Kraje, języki, obyczaje… Najbardziej oczywiście te słowiańskie i bałkańskie, ale uwielbiam też i latynoską muzykę, arabskie makamy i klimaty. Nie mam barier i moim zdaniem wcale nie muszę się hamować i ograniczać do jednego czy dwóch stylów. Właściwie tylko muzyka folkowa jest na tyle otwarta, że przyjmie wszystko.

A łączysz np. country z cygańskimi rytmami? Który z waszych eksperymentów był najdalej posunięty?

Raczej łączymy latynoski beat z tangiem czy typowo góralskim brzmieniem albo flamenco z walcem. Wszystko jest generalnie jednym wielkim eksperymentem, ale naprawdę zdrowym i ciekawym, bo ludzie, którzy ze mną pracują nad aranżacją utworów, wkładają w to serce i czas. Naprawdę kochają to robić.

W jaki sposób dobraliście się w grupę?

W Polsce szukaliśmy współpracowników, a w Stanach to była przyjaźń. To z przyjaźni narodził się pomysł muzykowania (i z braku pieniędzy na czynsz ). Wraz z moim przyjacielem – Grekiem, Andreasem Kapsalisem, stworzyliśmy duet i zarabialiśmy: on grał na gitarze, ja śpiewałam cygańskie piosenki. Ostatecznie później nasz skład powiększył się i tak narodził się kwartet. Nagraliśmy wspólnie trzy płyty. Z kolei teraz, po przyjeździe do Polski, musiałam stworzyć nową ekipę, bo chłopcy mają swoje obowiązki w Stanach, musieli wracać i nie mogli sobie pozwolić na tak długie wakacje…

Tutaj zaś spotykałam ludzi zupełnie przez przypadek. Ktoś powiedział, że 15 lat temu zobaczył na Krupówkach na ulicy rewelacyjnego gitarzystę, tylko nie pamięta, jak ma na imię. Po czasie znalazł się i to jest właśnie Jarek, który obecnie ze mną gra. Jarek wprowadził do zespołu Kubę – akordeonistę. A ten z kolei przyprowadził Damiana, perkusistę. I tak po kolei… Dobrzy ludzie się przyciągają [śmiech] – jeden drugiego po prostu przyprowadza.

Czy jest ktoś, z kim chciałabyś współpracować?

Właśnie nawiązałam współpracę z kimś, z kim chciałam współpracować…

Rozumiem, że nie możesz powiedzieć, kto to?

Mogę, już mogę. Z panią Renatą Przemyk… Nagrywamy razem kolędy i świąteczną płytę, która jeszcze tego roku wyjdzie na Boże Narodzenie. Będzie to ciekawe połączenie: kolędy świata, etniczne, polskie, góralskie, w naszych aranżacjach.

Słyszałam, że będziesz śpiewała kołysankę, którą ponoć Matka Boska śpiewała Jezusowi… Czy możesz powiedzieć coś więcej na ten temat?

To aramejska kołysanka z Betlejem, jej tytuł to In Betlehem.

Wracając z Bliskiego Wschodu do naszych, bałkańskich baranów, chciałabym, żebyś powiedziała, jaką rolę odgrywa bałkański folk w Twojej twórczości.

Wykorzystuję Bałkany do tańca.

Dlaczego do tańca?

Bo Bałkany całe tańczą [śmiech]. Tam jest nieustanna zabawa, nieustanny hop-op-op, op-op-op… opa-opa, są bardzo rytmiczne.

Jak się odnajdujesz w rytmach bałkańskich?

Idealnie. Uwielbiam przeróżne eksperymenty rytmiczne. Poza tym, Bałkany to piękne i porywające melodie. Piosenki bardzo proste, traktujące o przyziemnych sprawach, o naturze, o miłości na wsi.

Najczęściej korzystam z folku serbskiego, chorwackiego, rumuńskiego. Węgry też, choć to już nie Bałkany, ale pasmo Karpat. Przede wszystkim chodzi mi o góry i stąd jestem już o krok od naszego góralskiego folkloru. Generalnie góralska muzyka zewsząd. Również z Bułgarii… Ich wokalizy i rytmy, w których są mistrzami, to jest niesamowita inspiracja… Głosy kobiece, improwizacje…. Tego nie da się opisać słowami, jestem zafascynowana tym rodzajem śpiewu. Zresztą, ja sama nie jestem muzykiem kształconym, jestem samoukiem, więc sama śpiewam folkowo, bo tylko tak potrafię.

Jak myślisz, dlaczego w Polsce jest tak duża tradycja muzycznej współpracy z Bałkanami, bo to połączenie, jak mi się wydaje, nie jest wcale oczywiste?

Wiesz, jestem tu dopiero od trzech miesięcy, więc nie jestem w stanie stwierdzić, jakie tu są trendy… Myślę że Bregović i Kayah tym pięknym projektem zaszczepili w Polsce miłość do Bałkanów. Bregović, który jako artysta robi fenomenalne rzeczy, jeśli chodzi o aranżacje i jego zaangażowanie w brzmienie melodii, i którego za to bardzo szanuję, otworzył ludziom uszy, bo Bałkany nie były wcześniej takie modne. Ale w podobny sposób ten mechanizm przebiegał chyba na całym świecie. W Stanach również muzyka bałkańska jest teraz modna. W moim przypadku nie chodzi o trend, bo nawet jak on minie, to ja się nie zmienię.

Bywałaś na koncertach Bregovicia?

Tak, w Stanach udało mi się być, jest bardzo popularny. Wiesz, w Chicago występował na wielkiej scenie, w Parku Milenijnym, więc chyba już lepiej w tym mieście nie można [śmiech].

Zresztą, Stany to było moje pierwsze zetknięcie się z folkiem bałkańskim. Ten kraj to niesamowita mieszanka kultur. Ja jeździłam na festiwale serbskie, pikniki rumuńskie, poza tym, jest tam cała masa lokali różnego rodzaju, w których gra się autentyczną muzykę na żywo, można posłuchać wspaniałych artystów… Przez ostatnie jedenaście lat to był mój kontakt z muzyką bałkańską – taką oryginalną, graną przez „nativów” [śmiech].

A czy jeździłaś na Bałkany, na przykład na Guczę?

Nie, bo jak mówię, Bałkany mieszkają też w Stanach. To jest ten komfort tam, że jeśli chcesz autentyczności, to jest wszystkiego po trochu. Jest indie, są Bałkany, jest Polski bardzo dużo…

Jaka jest Twoim zdaniem relacja między folkiem a zachowaniem tożsamości?

Dobre pytanie… Myślę, że folklor wspiera zachowanie tożsamości, niesprzedawanie się. Jest korzeniem, który człowieka w utwierdza w tym, kim jest. W Stanach różne kultury i państwa się wymieszały… Np. mój perkusista jest tego dobrym przykładem. Jego tata jest Irlandczykiem, mama Włoszką i każde z nich ciągnęło go w innym kierunku, dążyło, żeby dotknął korzeni. Ponieważ folklor jest ważny dla tożsamości, Amerykanie chętnie przychodzili na nasze koncerty. Doszukiwali się w nich własnych korzeni, mogli powiedzieć sobie: „ach, a więc tak to wyglądało!”. I muszę przyznać, że było to intrygujące doświadczenie! I tak, myślę, że istnieje takie zjawisko, jak poszukiwanie tożsamości poprzez folklor.

To jest Twoim zdaniem poszukiwanie tożsamości utraconej, czy kultywowanie istniejącej?

Myślę, że raczej to drugie. Moim zdaniem tożsamości nie da się utracić, bo to jest gdzieś w genach: głęboko nas to porusza i cieszy, chyba o to chodzi.

Robicie poważną trasę koncertową, jesteście w jej trakcie, jak Wam się podoba, jak Was witają ludzie?

Graliśmy na przykład fantastyczny koncert w ramach projektu integracji osób niepełnosprawnych w Elblągu i było super! Pełna sala, owacje na stojąco, ludzie śpiewali, jeszcze nie słyszałam, żeby ludzie śpiewali tak głośno. Było świetnie! Fantastyczna publiczność – otwarta, nie bała się pokazywać emocji, że coś ją porusza, że czuje. Bez zahamowań.

Czego się spodziewasz dalej po Polsce?

Im mniej człowiek od życia oczekuje, tym mniej się rozczarowuje. Mam nadzieję, że ludzie przyjdą na koncerty i będą się bawić dobrze. Będzie, co ma być.

Ile procent Waszych piosenek to są dzieła oryginalne, ile to adaptacje?

Jakieś 80% oryginalna twórczość, 20% to folk w naszej aranżacji.

Kto wam pisze teksty?

Ja piszę teksty i muzykę.

Który z utworów jest Ci szczególnie bliski?

Wszystkie są bardzo osobiste, bo to są moje przeżycia. Ostatnia piosenka, którą napisałam do płyty Legenda, piosenka po góralsku zatytułowana Refleksja – to było podsumowanie… Odetchnęłam, popatrzyłam na świat i zobaczyłam, że ludzie marnują życie na jakieś negatywne rzeczy, a przecież tej chwili kiedyś zabraknie. Nawet jeśli nie jest się specjalnie towarzyskim, to trzeba przed samym sobą się rozliczyć.

Jest ciężko pisać?

Nie, to nie jest dla mnie zadanie, to samo wypływa, to dar. To staje się trudne, jeśli się pisze na siłę, jeśli się „musi”. Ja nie „muszę”. Czasami potrafię napisać w ciągu jednej nocy cztery piosenki. Albo wstaję i mam pomysł… Czasami zasypiam z pianinem, budzę się i dalej komponuję, bo to siedzi we mnie i musi wyjść. Z drugiej strony, zdarza się, że przez długi czas nic nie piszę – nic mnie nie poruszy, nie wzruszy… A jest moment, że jedno zdarzenie, zupełnie mała rzecz potrafi zainspirować.

Kto Cię inspiruje?

Przede wszystkim wszyscy wielcy, wspaniali muzycy, którzy przyszli przede mną: Ennio Morricone, ikony jazzu, Ella Fitzgerald, lata sześćdziesiąte… A poza tym, prości ludzie, spoza branży muzycznej. Normalni, fajni, których mam zaszczyt znać, i znać ich życia i historie.

Na jakim koncercie ostatnio byłaś?

Na koncercie zespołu mojego gitarzysty, Que Passa, w Krakowie… Rewelacja! Instrumentalna muzyka, flamenco oryginalne, super. Ostatnio bywam tylko na swoich [śmiech]. Ja się męczę, jak nie gram, jak mam za dużą przerwę, to się źle z tym czuję. Gram na poważnie od 4 lat.

Czy coś się zmieniło od tej pory, słuchasz muzyki inaczej?

Chyba jestem bardziej wybredna i ostrożna, żeby się nie rozczarować. Kilka razy poszłam na koncert jakiejś grupy poleconej przez kogoś i wyszłam niezadowolona. Ale jedyna rzecz, która mnie rozczarowuje, to kiedy ktoś udaje, na siłę próbuje wykreować swój image, pogwiazdorzyć… To mnie aż odpycha. Dlatego lubię folkowe rzeczy, bo tu zazwyczaj się po prostu przychodzi i ta muzyka jest tak prosta, że jej wykonawcy nie myślą o wielkich karierach i pieniądzach, tylko po prostu kochają wyśpiewywać tę małą prawdę.

Często posługujesz się kategorią prawdy i fałszu w muzyce… Czy jest ona dla Ciebie ważna i poza nią?

Tak! Najważniejsza, bo przecież, jak można oszukiwać. Jest ważna nie tylko w muzyce, ale w codziennym życiu, w biznesie… Patrzenie w oczy na przykład – nie mogę mieć do czynienia z ludźmi, którzy nie patrzą w oczy, kiedy mówią… Bardzo mnie to irytuje. Może jestem przewrażliwiona, ale kiedy jest się przez 11 lat na emigracji, to człowiek jest wrzucony w taki kocioł pełen ludzi, z których każdy biegnie za pieniądzem. Często ludzie są zawistni… Potem takie osoby się już wyczuwa intuicyjnie, że chcą współpracować tylko dlatego, że mają w tym jakiś ukryty interes. Dlatego też prawda jest dla mnie bardzo ważna.

Czy wybierasz się na Bałkany?

Oczywiście, że tak! Na pewno do Serbii, do Rumunii, do Chorwacji. Na razie pracujemy nad tym świątecznym projektem, później mamy już umówione koncerty w UK i w Niemczech, ale później… No, byłoby super, gdyby się udało i tam grać!

Z kim byś najbardziej chciała?

Z Esmą Redżepową! [śmiech] Poza tym, tam jak się pojedzie, to i na ulicy da się znaleźć kogoś wspaniałego, toteż nie mam jakichś konkretnych typów.

A jak się odnosisz do turbofolku?

Jak do disco-polo! [śmiech] To też jest jakaś szczerość! To folk, tylko z keyboardem. Niektórzy ludzie po prostu lubią keyboard, jakieś loopy? Spoko, czemu nie?

A Ty lubisz?

Nie oszukujmy się, w tym kraju wszyscy oglądali Disco Relax, gdy było emitowane. Nawet jak ktoś tego nie lubił, to i tak wszystko zna. Nawet wczoraj włączyliśmy sobie TV po koncercie i naszą uwagę od razu przykuła Shazza w Polo TV… I się zaczęło: „pamiętacie?!” [śmiech] Ale pozytywne to wszystko uczucia wywołuje, te kiczowate teledyski.

A Ty byś nagrała choćby dla żartu taki turbofolkowy utwór?

Nie, to raczej nie ja. Ja preferuję perkusistów, nie keyboardy. Można dużo rzeczy ciekawych zrobić na żywo bez playbacku i keyboardu. Turbofolku nie planujemy.

Planujecie za to kolędy i koncerty?

Tak, m.in. Mikołajki Folkowe w Lublinie. To fajne miasto, bardzo dużo dobrych muzyków się stamtąd wywodzi… Čači Vorba… Ja na polskich wykonawców folkowych trafiałam zawsze według wzoru: od muzyki do muzyki… Dikanda, Čači Vorba, ale ludzie od folku znają się nawzajem i trzymają razem. Jest taka zdrowa konkurencja, bo musi być, żeby dawać ludziom coraz lepszą muzykę, ale ta konkurencja jest bardzo sympatyczna i zdrowa.

Na przykład byliśmy na Czeremsze i tam odbywał się, słuchaj, jeden wielki jam session: tańce, śpiewy, cygańskie, ukraińskie, byli chłopcy z Ameryki, wszystko… Ten klimat jest bardzo przyjazny, zapraszam wszystkich. Nawet jak ktoś nigdy nie słuchał, to niech przyjdzie, chociaż raz, żeby się przekonać. Nie tylko na nasz koncert, chociaż my mieszamy style ze współczesnymi, więc nasza muzyka może być bardziej przystępna dla kogoś, kto jest bardziej „z zewnątrz”.

A zatem zapraszamy wszystkich czytelników Baklavy!

M.: Zapraszamy!

Rozmawiała Olimpia Dragouni

About Olimpia Dragouni

Redaktor naczelna portalu Bałkanistyka.org. Autorka doktoratu o Macedonii (UW), badaczka islamu na Bałkanach. Prywatnie pół-Greczynka. We are the Borg. Resistance is futile.
KOMENTARZE