Home / Bałkany / BiH / Bośnia i Hercegowina: krajobraz po referendum
balkaninside.com
balkaninside.com

Bośnia i Hercegowina: krajobraz po referendum

Komentarz: Tomasz Rawski

Niedzielne referendum w Republice Serbskiej (RS) to wyzwanie rzucone przez Milorada Dodika w kierunku wspólnoty międzynarodowej. Mobilizując powszechną wolę obywateli do zakwestionowania wyroku bośniackiego Trybunału Konstytucyjnego, nacjonalistyczny prezydent tego quasi-państwa wchodzącego w skład Bośni i Hercegowiny podważył powojenny porządek prawny obowiązujący w tym kraju od porozumienia pokojowego z Dayton.

Co się stało?

Obywatele RS decydowali w referendum o dalszym celebrowaniu Dnia Republiki – święta upamiętniającego, nigdy nie uznane przez wspólnotę międzynarodową, ogłoszenie niepodległości przez Republikę Serbską na początku 1992 roku – w dotychczasowym terminie 9 stycznia. Ta mocna odpowiedź władz RS na niedawny wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający święto za niezgodne z konstytucją Bośni i Hercegowiny, zakończyła się ich spektakularnym sukcesem. Jak wskazują oficjalne wyniki, obywatele jednogłośnie opowiedzieli się za utrzymaniem dotychczasowego terminu (99,8% głosów za, przy frekwencji 55,6%).

Nie jest też tajemnicą, że Milorad Dodik zorganizował referendum wagi ogólno-republikańskiej dla realizacji indywidualnych celów politycznych. Przedstawiając siebie w roli gwaranta domniemanej suwerenności Republiki Serbskiej na tydzień przed lokalnymi wyborami w Bośni i Hercegowinie (2.10), uciszył i zmarginalizował coraz silniejszą opozycję. Dzięki temu fortelowi, najprawdopodobniej uda mu się odbudować utracone wcześniej poparcie polityczne i, dzięki zwycięstwu jego partii (SNSD) w wyborach, utrzymać szerokie polityczne zaplecze dla własnej prezydentury.

W stronę „państwa w państwie”?

                  Przede wszystkim jednak, referendum to kolejny krok w kierunku autonomii Republiki. Strategia stopniowego rozluźniania więzi z centralnymi instytucjami Bośni i Hercegowiny, obrana przez Dodika niemal dekadę temu, do tej pory ograniczała się raczej do ich obstrukcji. Mimo powtarzanych od kilku lat gróźb zorganizowania referendum w najróżniejszych sprawach – od zmiany trybu działania Trybunału Konstytucyjnego po powstrzymanie Bośni przed wstąpieniem do NATO – w praktyce nacjonalistyczny prezydent skupiał się głównie na polityce symbolicznej. Dzień Republiki Serbskiej był dla niego główną okazją do corocznego manifestowania domniemanej suwerenności tego quasi-państwa.

Zorganizowanie referendum to spełnienie tej groźby, które otwiera nowy etap na dotychczasowej drodze. Wciąż mało prawdopodobne wydaje się, by była to droga do pełnej niepodległości RS, jak chcą niektórzy komentatorzy, również ci polscy. Wprawdzie Dodik rzeczywiście zaplanował referendum niepodległościowe na 2018 rok, lecz musi zdawać sobie sprawę, że przy obecnym układzie sił w regionie szanse powodzenia jego ewentualnej wolty niepodległościowej są bardziej niż mizerne. Zarówno Serbia jak i Chorwacja – mimo coraz bardziej napiętych wzajemnych stosunków – zgodnie skrytykowały wczorajsze referendum jako niezgodne z prawem.

Wedle dużo bardziej prawdopodobnego scenariusza, nacjonalistyczny prezydent zacznie na dobre budować „państwo w państwie”. Wczorajsza referendalna konfrontacja z Trybunałem Konstytucyjnym, to nie tylko bunt wobec centralnych instytucji państwowych, ale przede wszystkim frontalny atak na wspólnotę międzynarodową, której trzech sędziów zasiada w składzie bośniackiego TK. Jeśli Dodik w najbliższych dniach podtrzyma ten kurs, może zacząć dążyć do całkowitego uwolnienia się od wpływu wspólnoty międzynarodowej na terytorium Republiki Serbskiej. Wydaje się, że posiadanie całkowitej niezależności na własnym podwórku, bez wypływania na otwarte morze twardych stosunków międzynarodowych to ten typ „suwerenności”, który aktualnie najbardziej odpowiada Dodikowi.

Demokracja w rękach nacjonalistów

Organizując niedzielne referendum, nacjonalistyczny prezydent otworzył też prawdziwą puszkę Pandory. Udowodnił mianowicie, że w Bośni możliwe jest otwarte wypowiedzenie posłuszeństwa ustaleniom z Dayton przy użyciu mechanizmów demokratycznych. Pokazał, że potrafi zmobilizować obywateli do aktywnego, powszechnego, demokratycznego sprzeciwu na tle ściśle nacjonalistycznym.

 Niemal natychmiast zrozumiał to Dragan Čović – jeden z aktualnych przywódców bośniackich Chorwatów, także niezadowolonych z powojennego kształtu kraju, który uznał decyzję Milorada Dodika za całkowicie właściwą. Čović od razu obudził polityczne aspiracje bośniackich Chorwatów do własnej autonomii w ramach BiH, tym samym przypominając, że nacjonalistyczna polityka jego partii pozostaje aktualna, a chorwacka lojalność wobec porozumienia z Dayton i wspólnego państwa – ograniczona i chwiejna.

Co najmniej równie dobrze zrozumiał ten sygnał Władimir Putin, który kilka dni temu ugościł Milorada Dodika w Moskwie, zapewniając go o pełnym poparciu Rosji dla referendum. Nic dziwnego –ostre, autonomistyczne posunięcia prezydenta RS to woda na młyn rosyjskich wpływów na Bałkanach. W dodatku, z perspektywy rosyjskiej te posunięcia nie generują żadnych kosztów politycznych. Dzięki temu, że Dodik gra do rosyjskiej bramki samodzielnie i z własnej inicjatywy, Moskwa może bardziej skupić się na ocieplaniu stosunków z Serbią.

Niestety, w najmniejszym stopniu problem wydaje się dostrzegać sama wspólnota międzynarodowa, która w przypadku referendum zwyczajowo ogranicza się do odruchowej obrony konsensusu zaprojektowanego w latach 90. Świadczą o tym zarówno suche wypowiedzi Valentina Inzko (Wysoki Przedstawiciel ds. BiH), że „decyzję TK należy uszanować“, jak i zdawkowe oświadczenie Komisji Europejskiej, iż „referendum nie ma żadnej podstawy prawnej“.

W tej obronie status quo nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że jest to obrona straconych pozycji. Od dłuższego czasu powszechnie wiadomo, że architektura instytucjonalna powojennej Bośni i Hercegowiny okazała się całkowicie niezdolna do demokratyzacji państwa. Od wielkich protestów społecznych z lutego 2014 roku wiadomo także, że społeczeństwo Bośni i Hercegowiny budzi się z głębokiego marazmu i głośno domaga radykalnych zmian. Niedzielne referendum pokazuje, że lokalni nacjonaliści są gotowi, by odpowiadać na te wołania. Jeśli wspólnota międzynarodowa nie chce całkowicie oddać Bośni nacjonalistom, powinna zaproponować jej społeczeństwu dużo więcej, niż tylko mało wiarygodną obronę dysfunkcjonalnych instytucji.

KOMENTARZE