Home / Bałkany / Grecja / Chadziandoniu: Zrozumiałem, jak wiele nas łączy
chadz5

Chadziandoniu: Zrozumiałem, jak wiele nas łączy

Rozmowa z Kostasem Chadziandoniu, autorem opublikowanej w 2014 roku przez Wydawnictwo Książkowe Klimaty powieści Agrigento (tłum. Karolina Berezowska).

Krzysztof Usakiewicz: Literatura nowogrecka pozostaje w Polsce praktycznie nieznana. Jak to się stało, że polski czytelnik ma dziś szansę przeczytać Agrigento?agrig

Kostats Chadzandoniu: Zupełnie się tego nie spodziewałem. Obecnie wydawcy są zasypywani rozmaitymi tekstami, więc pisarzowi wcale nie jest łatwo się przebić. Przełomowym momentem był 2011 rok, kiedy Agrigento uhonorowano Europejską Nagrodą Literacką. Otrzymałem wtedy kilka zagranicznych propozycji. Kiedy zgłosiło się do mnie polskie wydawnictwo, z początku byłem bardzo zdziwiony. Zastanawiałem się, po co właściwie Polakom moja powieść? Dopiero kiedy zaintrygowany zacząłem poznawać polską literaturę, zagłębiać się w polską historię, zrozumiałem, jak wiele łączy nasze narody.

Na przykład?

Ciężar historii. Zarówno grecka, jak i polska wolność wymagały wielu lat walki i ofiar. Wasi poeci romantyczni odwiedzali Grecję w okresie powstań antyosmańskich. Z tego, co zobaczyli, czerpali później inspirację, opisywali nasz kraj i toczone walki.

Przejrzałem bibliografię pana prac… Jest imponująca! Zastanawiam się jednak, kim pan jest przede wszystkim? Historykiem, eseistą, powieściopisarzem?

Przez całe życie zajmowałem się głównie pisarstwem naukowym, opublikowałem dziesięć książek historycznych. Literaturą zainteresowałem się stosunkowo niedawno. Udało mi się wydać dwa niewielkie zbiory opowiadań, zacząłem pisać eseje. Agrigento ma jednak dla mnie szczególne znaczenie – to moja pierwsza powieść.

Trudno było się przestawić?

Musiałem do tego gatunku dojrzeć. Dobra powieść ma trzy składowe. Po pierwsze – i to jest absolutny fundament – musi pan mieć jakąś historię do opowiedzenia. Osadzoną w konkretnych realiach, nie może być zupełnie oderwana od rzeczywistości. Po drugie, musi pan ją w umiejętny sposób przekazać. Rozebrać na czynniki pierwsze, podzielić na malutkie kawałki, opowiadania, z których każde mogłoby funkcjonować jako samodzielny utwór. Po trzecie wreszcie, porządna powieść musi mieć coś z eseju. Niektórzy się z tym nie zgadzają, ale dla mnie to podstawa. Snuta przez pana historia tak naprawdę powinna stanowić tylko pretekst, aby zaprosić czytelnika do świata idei, sprowokować go do przemyśleń. Tak wygląda mój przepis na powieść. Jeśli nie zaniedba pan żadnego ze składników, gwarantuję, że wyjdzie z tego dobry tekst.

Agrigento jest powieścią współczesną. Moją uwagę zwróciło jednak to, że zamieszczony na końcu wykaz cytowanych w tekście utworów obejmuje wyłącznie dzieła starożytne – Iliadę i Odyseję, ody Pindara, Dzieje Herodota, tragedie Ajschylosa i Sofoklesa…

Głównym bohaterem jest lekarz Pauzaniasz Anchite. Postanawia on napisać książkę o starożytnym Akragas – sycylijskim mieście dziś znanym pod nazwą Agrigento, które w czasach antycznych przeżywało swój złoty okres. To właśnie tam na świat przyszedł Empedokles, jeden z największych filozofów okresu presokratejskiego. Zatem, jak pan widzi, zdecydowałem się na formę powieści szkatułkowej. Czytelnik zapoznaje się jednocześnie z – opowiadaną przeze mnie – historią osadzoną w świecie współczesnym i książką Pauzaniasza, który fascynuje się starożytną historią, filozofią, życiem codziennym.

Zapewne do znudzenia musi pan odpowiadać na pytanie: dlaczego grecki pisarz umiejscowił akcję swojej powieści na Sycylii?

Jest to fascynujące miejsce. Przez stulecia Sycylię zamieszkiwało wiele ludów. W starożytności Kartagińczycy i Rzymianie, później przybysze z Normandii, Germanii, Hiszpanii, Galii. Ta wyspa od zawsze była pograniczem. Starałem się zrozumieć, jak jednocześnie ze zmianą struktury etnicznej mieszkańców, zmieniała się sycylijska kultura. Co w kolejnych epokach naprawdę oznaczało „być Sycylijczykiem”.

Czyli Agrigento nie jest kolejną z niezliczonych powieści przenoszących czytelnika do świata antyku?

Absolutnie nie! Nie było moim głównym celem zaprezentowanie minionej epoki. Starałem się raczej odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób przeszłość wpływa na nasze życie. Wydaje mi się, że współczesna epoka próbuje wejść do schronu, uwolnić się od ciężaru minionych zdarzeń. Tymczasem jako pisarz nie mogę się na taką sytuację zgodzić. Wyobraźmy sobie, że jestem polskim autorem i fascynują mnie powstania XVIII i XIX wieku. Nie napisałbym klasycznej powieści historycznej à la Sienkiewicz. Sienkiewicz, tak?

Tak, Henryk Sienkiewicz, zaskoczył mnie pan!

A więc na pewno nie zdecydowałbym się na taką klasyczną powieść przenoszącą czytelnika do dawnej epoki. Interesowałoby mnie raczej, jak pamięć o powstaniach przechowywana jest w społeczeństwie dzisiaj. Czy współcześni Polacy, myśląc o tych walkach, o przelanej krwi, są skłonni do jakiejś głębszej, niebanalnej refleksji? Czy zadają sobie pytanie: po co to wszystko się wydarzyło? Czy mają poczucie, że trudna historia narodu do czegoś ich zobowiązuje? Uważam, że przeszłość związana jest z teraźniejszością nierozerwalnie.

W przypadku Grecji przeszłość oznacza sięgnięcie wstecz o naprawdę wiele stuleci. Kiedy na Sycylię dotarli pierwsi greccy koloniści?

W VII wieku przed Chrystusem, to był niespokojny okres. Wielu spośród nich pochodziło z Rodos – wyspy, na której spędziłem dzieciństwo. Grecy od zawsze kochali podróżować. Przypłynęli na Sycylię i tam założyli nowe miasto – Akragas. Innych kolonistów los zaprowadził do Jonii. Ich potomkowie mieszkali w Azji Mniejszej przez niemal trzy tysiące lat. Dopiero dwudziestowieczne czystki etniczne przyniosły kres ich społeczności. W swoich pracach naukowych wiele uwagi poświęciłem tej tragicznej historii. Generalnie rzecz biorąc, interesuję się obszarami niegdyś licznie zamieszkiwanymi przez Greków, na których dziś odnalezienie jakichkolwiek śladów tej kilkusetletniej obecności jest praktycznie niemożliwe. Zresztą to kolejny punkt, gdzie rysuje się czytelna grecko-polska analogia. Wiem, że istnieją regiony, które kiedyś należały do Polski, a dziś znajdują się poza granicami waszego kraju.

Rzeczywiście. W Polsce w środowiskach prawicowych wciąż można usłyszeć hasła o polskim Lwowie czy Wilnie wygłaszane z pełną powagą.

Mnie tutaj nie do końca chodzi o narrację nacjonalistyczną. Raczej o poczucie zwykłych ludzi, że na tamtych ziemiach żyli ich przodkowie. Chociaż człowiek usiłuje o tym zapomnieć i nie przyznaje się – nawet przed samym sobą – do nostalgii, rana w głębi zawsze gdzieś pozostaje. Oczywiście, zarówno w Grecji, jak i w Polsce najmłodsze pokolenia przyszły na świat już w czasach, kiedy ziemie utracone leżały poza granicami państw. Ale mimo wszystko znamy je z opowieści babć, dziadków, publikowanych wspomnień. Coś takiego trafia do ludzkiej świadomości.

Czy dziś na Sycylii żyją jeszcze Grecy, potomkowie rodyjskich kolonistów?

Niestety nie. W południowych Włoszech wciąż można odnaleźć wioski, gdzie pojedynczy mieszkańcy posługują się dialektem języka greckiego. Ale na Sycylii nie ma już nikogo. Nie znaczy to oczywiście, że wieloletni wpływ kultury greckiej jest tam niezauważalny. Kiedy odwiedziłem Agrigento, poszedłem obejrzeć dom, w którym mieszkał niegdyś Luigi Pirandello. Obecnie działa tam muzeum, a przed wejściem stoją stragany z pamiątkami. Gdy jeden z miejscowych sprzedawców po krótkiej rozmowie zorientował się, że jestem Grekiem, nie ukrywał radości. To był serdeczny, dobrze wykształcony człowiek. Doskonale znał historię i był świadomy wieloetnicznego dziedzictwa Sycylii, z którego był dumny. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, jak wiele racji miał Empedokles, mówiąc, że nic, co się urodziło, nie może umrzeć. Języka greckiego na Sycylii już się nie usłyszy, ale pozostało coś innego.

Kiedy ostatni Grek opuścił Sycylię?

Grecy nie tyle opuścili Sycylię, co po prostu zasymilowali się z miejscową ludnością. Już w czasach cesarstwa rzymskiego zaczęli stopniowo zatracać swoją tożsamość. Aczkolwiek proces ten ciągnął się przez kolejne stulecia. Gdybym miał wskazać jakieś konkretne wydarzenie, które ostatecznie zadecydowało o asymilacji Greków na Sycylii, wskazałbym rozłam Europy. Po wielkiej schizmie w 1054 roku Italia znalazła się, oczywiście, w strefie wpływów zachodnich. Sycylijscy Grecy masowo przechodzili z prawosławia na katolicyzm. Najpierw zapomnieli o swoim wyznaniu, niedługo potem o języku…

Grecy zawsze w żyli w diasporze i nie zmieniło się to również dzisiaj. Słyszałem kiedyś anegdotę, że trzecim, najliczniej zamieszkanym przez Greków miastem, zaraz po Atenach i Salonikach jest… Melbourne. To prawda?

Wcale bym się nie zdziwił. Kiedy w 1830 roku odradzało się państwo greckie, w Konstantynopolu i Smyrnie – czyli Istambule i Izmirze –  mieszkało znacznie więcej Greków niż w Atenach. Podobnie jak – ciągnąc naszą analogię – w Wilnie i Mińsku było kiedyś więcej Polaków niż w Warszawie. Dzisiaj rzecz nie do pomyślenia! Jednak państwo i naród niekoniecznie podążają tymi samymi ścieżkami.

Także w Mariupolu, o którym niestety ostatnio jest głośno, żyje duża społeczność grecka…

Doniesienia płynące z mediów w tej sprawie są bardzo niepokojące. Nie tylko Ukraińcy, lecz również przedstawiciele licznych mniejszości etnicznych w tym regionie znajdują się w naprawdę trudnej sytuacji. To kolejny – bardzo smutny – przykład na to, jak przeszłość wywiera wpływ na teraźniejszość. Człowiek wiedzie spokojne, ustatkowane życie, a historia jest w stanie w ciągu kilku dni pozbawić go wszystkiego. Wydaje mi się zresztą, że Polacy doświadczyli tego wielokrotnie.

W swoich dotychczasowych pracach zajmował się pan głównie ideą hellenizmu. Gdyby miał pan w kilku słowach ją przybliżyć polskim czytelnikom… Trudno oprzeć mi się wrażeniu, że jest to po prostu szlachetniejsza nazwa greckiego nacjonalizmu.

Zacznijmy od tego: hellenizm nie jest ideologią. Wiele osób tak twierdzi i popełnia tym samym duży błąd. Owszem, był, na przełomie XIX i XX wieku, kiedy kształtowały się granice państwa greckiego, a tysiące Greków zamieszkiwało terytoria sporne – na przykład Epir, Macedonię czy Trację. Współcześnie jednak taka interpretacja jest nadużyciem. Gdyby obecnie rząd grecki zaczął zgłaszać pretensje – na przykład – do Izmiru, byłoby to kompletnie pozbawione sensu. Przecież tam już praktycznie żadnych Greków nie ma! Czy nam się to podoba, czy nie, dziś Izmir jest miastem tureckim. Na tej samej zasadzie Niemcy mogliby rościć sobie prawa do Wrocławia, Polacy do Mińska na Białorusi, a Żydzi do Salonik. Bo w czasach imperium osmańskiego to właśnie Żydzi byli najliczniejszą grupą etniczną zamieszkującą Saloniki. Na tym polega główny grzech popełniany przez skrajną prawicę: ci ludzie, formułując poglądy, odwołują się wyłącznie do historii, nie biorą pod uwagę realiów epoki współczesnej. Tymczasem to prowadzi do konfliktów, które nieraz są bez wyjścia. Wróćmy jeszcze do postawionego przez pana pytania – czym zatem jest hellenizm? Dla mnie to przede wszystkim pielęgnowanie pamięci o moich rodakach. Kiedy próbuję poznać ich doświadczenia, staram się odtworzyć ich filozofię życia, praktykuję ideę hellenizmu.

Jedną z największych wartości dla pana jest historia, prawda?

Znajomość historii pomaga zrozumieć otaczający nas świat. Wie pan, co jest najważniejsze? Żeby umieć z tych minionych zdarzeń, z tego bagażu doświadczeń, wyciągać słuszne wnioski. Jeśli nie myśli się o przeszłości, łatwo powtórzyć błędy, które już się kiedyś popełniło i które okazały się opłakane w skutkach.

Ponieważ historia lubi zataczać kręgi. Mam wrażenie, że współczesną Grecję również można uznać za kolonię. Kiedy spaceruje się po ulicach Aten czy Salonik, przykuwa uwagę ogromna liczba imigrantów ze Wschodu i Afryki.

Jest to duży problem, z którym musi zmierzyć nie tylko Grecja, lecz również cała Europa. Mam przeczucie, że te najbliższe lata będą wyjątkowo trudne. To zrozumiałe, że imigranci do nas przyjeżdżają – szukają lepszego życia. Tylko czy my rzeczywiście potrafimy im je zaoferować? Ten utopijny „Zachód” jest magnesem, który przyciąga. Tymczasem zderzenie z rzeczywistością bywa bardzo bolesne. Ostatnio tyle się mówi o kryzysie ekonomicznym. A to wszystko są przecież naczynia połączone. Co dzieje się w społeczeństwie, w którym bezrobocie sięga 30%, widzieliśmy już w międzywojennych Niemczech – ludzie szukają ekstremalnych rozwiązań. W takich warunkach skrajne ugrupowania – zarówno lewicowe, jak i prawicowe – z łatwością zdobywają zwolenników. Jak zatem Zachód powinien na to wszystko zareagować? To pytanie, na które nie jest mi łatwo udzielić odpowiedzi. Na pewno nie możemy zamykać drzwi. Zarazem jednak trudno mi oprzeć się wrażeniu, że te coraz silniejsze obce wpływy mogą stanowić realne zagrożenie dla kultury europejskiej.

Do życia na pograniczu, w miejscu, gdzie krzyżują się ścieżki Wschodu i Zachodu, powinien pan być przecież przyzwyczajony. Wiele lat spędził pan na Rodos.

Uważam, że wyspa Rodos, na której dorastałem, wywarła ogromny wpływ na moje późniejsze życie. Teraz mieszkam w Atenach, ale kiedy tylko mam okazję – wracam na Rodos, choćby na kilka dni. Lubię obserwować drzewa pod moim domem, jak z roku na rok stają się coraz większe i potężniejsze. Lubię szum morza. Kiedy codziennie ogląda pan morze i żyje w blasku słońca – to kształtuje charakter człowieka i pozytywnie wpływa na psychikę. I, faktycznie, również Rodos jest pograniczem. Mamy na wyspie społeczność turecką. Niewielką, ale jednak mamy. Poza tym, jeśli stanąć w odpowiednim miejscu na wybrzeżu, na horyzoncie można dostrzec zarys tureckich szczytów – znajdujemy się przecież tuż przy granicy. Z drugiej strony, w 1309 roku – niedługo po tym jak krzyżowcy musieli opuścić Palestynę – wyspę przejął łaciński zakon joannitów. Sprawował rządy przez ponad dwa wieki, aż do 1522 roku i najazdu osmańskiego. Zabudowa Starego Miasta i twierdza, które można dziś oglądać w Rodos – czyli w stolicy noszącej taką samą nazwę jak cała wyspa – są dziełem joannitów.

Joannitów na Rodos nie ma jednak od stuleci, Turków zostało niewielu. Czy ślad po nich stanowią jedynie zabytki architektoniczne? A może w mentalności współczesnych mieszkańców Rodos można wyczuć wpływ innych kultur? Tak jak – o czym pan pisze –w Agrigento spotyka się greckiego ducha.

Mam wrażenie, że Rodyjczycy są bardziej otwarci na Zachód niż mieszkańcy Grecji kontynentalnej. Te cztery wieki, kiedy Grecja była częścią imperium osmańskiego, sprawiły, że nawet dziś jest nam niekiedy trudno porozumieć się z innymi Europejczykami. Mamy zupełnie inną historię, nasza literatura kształtowała się w odmienny sposób. Przecież – z wyjątkiem Krety, która aż do drugiej połowy XVII wieku pozostawała w rękach Wenecjan – do Grecji w ogóle nie dotarł renesans! Jeśli dziś ktoś pojedzie na Wyspy Jońskie, których Osmanom nigdy nie udało się zdobyć, zobaczy inną kulturę, inną Grecję. Tamtejsze zwyczaje, muzyka, mentalność mieszkańców są zachodnie. Gdyby w XIX wieku porozmawiać z Grekami z Wysp Jońskich oraz z Azji Mniejszej trudno byłoby uwierzyć, że są rodakami – to byli kompletnie inni ludzie! I jeszcze jedna rzecz… Byłem dziś na Wawelu, miałem okazję zobaczyć grobowce waszych królów. Przyszło mi wtedy na myśl, że jesteście bardzo szczęśliwym narodem. Grecy niestety nie mają takiej możliwości – groby naszych władców bizantyńskich zostały zniszczone przez Osmanów, kiedy cesarstwo chyliło się ku upadkowi.

Odnosi się pan do Wschodu i tradycji islamu z dość dużym dystansem. Tymczasem również kultura współczesnej Grecji w dużej mierze opiera się na dziedzictwie osmańskim…

Położenie na pograniczu Europy wywarło na Grecję negatywny wpływ. Współczesne problemy naszego państwa wynikają z greckiej mentalności, która wciąż pozostaje nieeuropejska. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby losy Grecji potoczyły się inaczej, gdyby nie to całe imperium osmańskie, dziś byłoby nam znacznie łatwiej. Proszę popatrzeć na Cypr, który, owszem, również należał do Osmanów, ale od 1914 roku przez pół wieku znajdował się pod panowaniem brytyjskim. Nie chcę tutaj przesadnie generalizować, oczywiście z Brytyjczykami też były kłopoty. Ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że Cypr na tym angielskim epizodzie w swojej historii skorzystał – przede wszystkim dziś jest znacznie lepiej zorganizowany niż państwo greckie. W końcowym rozrachunku związki z Zachodem wyszły mu na dobre.

Czyli woli pan chodzić na komedie Moliera lub tragedie Szekspira niż na przedstawienia teatru cieni o wschodniej proweniencji, które cieszą się w Grecji dużą popularnością?

Zdecydowanie. Aczkolwiek w Grecji nie powinienem się do tego przyznawać tak otwarcie – niestety zaliczam się do mniejszości. We współczesnym państwie greckim wciąż jesteśmy świadkami konfliktu między tradycją Wschodu i Zachodu. To jest zresztą nasz kolejny problem – my, Grecy, jesteśmy między sobą bardzo podzieleni. Nie potrafimy przemówić jednym głosem. Proszę jednak nie zrozumieć mnie źle, nie chcę negować całego dziedzictwa osmańskiego Grecji. Nie twierdzę, że Zachód z założenia jest dobry, a Wschód zły. Uważam po prostu, że w greckiej kulturze powinna zostać zachowana odpowiednia równowaga między pierwiastkiem wschodnim i zachodnim. Tymczasem my cierpimy na niedobór tego drugiego.

Zatem ma pan wizję Grecji jako syntezy Wschodu i Zachodu…

Otóż to! Problem greckiej mentalności przenosi się na scenę polityczną: my po prostu zbyt łatwo popadamy w skrajności, zarówno z lewej, jak i prawej strony. W całej Europie II wojna światowa zakończyła się w 1945 roku. W Grecji przez kolejne cztery lata toczyła się wojna domowa między obozem lewicy i prawicy. Wielu Greków musiało wtedy pospiesznie uciekać z własnej ojczyzny. Nawet po zakończeniu walk ludzie żyli w strachu, w relacjach międzyludzkich dało się wyczuć nienawiść. Społeczeństwo było podzielone, żyło w niepewności. Ta chora sytuacja ciągnęła się aż do 1974 roku, kiedy w Grecji upadły rządy dyktatury wojskowej. Dopiero wtedy wprowadzono demokrację, w państwie zapanował dobrobyt. W ostatnich latach, wraz z narastającym kryzysem ekonomicznym, ze smutkiem znów obserwuję w naszym społeczeństwie coraz więcej nienawiści, przemocy. Ta zła atmosfera jest wyczuwalna, nawet kiedy spaceruje pan po ulicy. Czy z historii zostały wyciągnięte wnioski, jest zatem sprawą co najmniej dyskusyjną. Również dziś na greckich murach można znaleźć napisy wychwalające albo komunistyczną partię KKE albo neofaszystowski Złoty Świt. To ciągłe stanie w rozkroku powoduje, że czujemy się zagubieni we współczesnym świecie. Tymczasem najlepsze rozwiązanie wcale nie jest, wydawałoby się, takie trudne do znalezienia – ono leży gdzieś pośrodku! Powiem to jeszcze raz: Grecja potrzebuje więcej równowagi.

I jaką pan w tym wszystkim widzi rolę dla idei hellenizmu?

To, co teraz powiem, jest niestety tylko pobożnym życzeniem, i nie wierzę, by kiedykolwiek się ono spełniło. Hellenizm powinien być ścieżką, która prowadziłaby do praktykowania kultury, kreatywności, porozumienia. Niestety, obecnie Grecy nie są wystarczająco silni, aby móc wprowadzić tę ideę w życie. To pesymistyczna wizja, ale… Oswald Spengler pisał o nadchodzącym upadku Zachodu i ja też odnoszę wrażenie, że nieuchronnie zmierzamy ku katastrofie. Mówiąc „my” mam teraz na myśli nie tylko Greków, ale wszystkich Europejczyków. Przy całej świadomości różnic dzielących poszczególne narody, trudno zaprzeczyć, że wszyscy wspólnie tworzymy kulturę europejską. A ta kultura przeżywa w tej chwili głęboki kryzys. Wytknął mi pan dystans do Wschodu. Nie uważam, że Europa powinna odpowiadać, na przykład na rozwój islamu, agresją, ale właśnie swoim dorobkiem kulturowym. A czy dziś jesteśmy na to gotowi?

Mieszkający na co dzień we Wrocławiu filozof, Ilias Wrazas, opublikował pracę, w której zwraca uwagę na ambiwalencję antycznego dziedzictwa dla współczesnych Greków. Z jednej strony jest to oczywista nobilitacja, z drugiej jednak – przekleństwo i skazanie a priori na kompleks niższości.

Zgadzam się z tym poglądem. Ta duma ze starożytnego pochodzenia, poczucie, że moi przodkowie tworzyli podwaliny cywilizacji europejskiej, to w rzeczywistości wielka pułapka. I w ten oto sposób wróciliśmy do początku naszej rozmowy: obecnie można zaobserwować dwie wyraźne tendencje. Albo ludzie zapominają o swoim dziedzictwie, mówią „nic mnie to nie obchodzi!”, albo popadają w drugą skrajność – żyją wyłącznie przeszłością, co skutecznie uniemożliwia im krytyczny odbiór otaczającej ich rzeczywistości. To nie ma sensu! Starożytna Grecja jest niezwykle ważnym elementem naszego dziedzictwa, ale nie możemy odwoływać się do niej w nieskończoność. Współczesny Grek nie może nadal żyć tym, co stworzyli jego przodkowie ponad dwa tysiące lat temu. On musi pytać, co tworzą jego rodacy dzisiaj. To nie dotyczy zresztą wyłącznie Grecji. Polska ma piękną historię, czego pan i każdy pana rodak powinien być świadom. Najważniejsze jednak jest to, żebyście – nie zapominając o tym wspaniałym dziedzictwie – mogli z czystym sumieniem być dumni z Polski, w jakiej mieszkacie dzisiaj. To dotyczy każdego europejskiego narodu. Nie możemy żyć ciągle wspomnieniami o Goethem, Schillerze, Kochanowskim. Nadszedł czas, żebyśmy stworzyli coś nowego.

About Krzysztof Usakiewicz

Doktorant na Wydziale "Artes Liberales" UW. Uwielbia całe Bałkany, ale szczególnym sentymentem darzy Grecję i Bułgarię. Wolne chwilę poświęca wyprawom rowerowym (oczywiście, najchętniej po Bałkanach) oraz grze w scrabble.
KOMENTARZE