Home / Baklava / Eurowybory na Bałkanach
flaga ue

Eurowybory na Bałkanach

Wybory do Parlamentu Europejskiego w bałkańskich krajach UE miały nieco inne oblicze, niż w krajach „starej Unii”. W kampanii wyborczej i przy urnach dominował nie tyle eurosceptycyzm, co niechęć oraz krytyczny stosunek do polityków i partii rządzących. O ile mówi się, że wyniki wyborów np. we Francji mogą skutkować ultraprawicowym „trzęsieniem ziemi” w Unii to bałkańskie rezultaty głosowania Brukselą raczej nie zatrzęsą. Może poza jednym wyjątkiem.

Europejskie wybory przeszły niezauważone w Chorwacji”, „Apatia wygrywa z antypatią wobec UE w środkowo-wschodniej Europie” – to tylko niektóre z komentarzy zachodniej prasy wobec eurowyborów na Bałkanach. Washington Post pyta wręcz: „Czy w eurowyborach w ogóle chodzi o Europę?”

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to fakt, że mieszkańcy Bałkanów raczej – łagodnie rzecz ujmując – nie szturmowali urn wyborczych. W niemal wszystkich krajach regionu frekwencja była zdecydowanie niższa, niż średnia frekwencja w całej Unii. Wyjątkiem jest tylko Grecja, gdzie do wyborów poszło aż 58 procent wyborców, ale to i tak drugi najgorszy wynik frekwencyjny Greków od czasu, gdy zaczęli wybierać swoich przedstawicieli w Parlamencie Europejskim.

Najgorzej pod względem frekwencyjnym wypadli Słoweńcy, gdzie do urn poszło niecałe 21 proc. uprawnionych do głosowania. A przecież w całej Unii średnio głosowało dwa razy więcej wyborców. W Chorwacji, choć były to pierwsze eurowybory po akcesji, też nie wzbudziły one entuzjazmu. Ledwie 25 proc. uprawnionych do tego Chorwatów zdecydowało się oddać swój głos. W Bułgarii było nieco lepiej – frekwencja była na poziomie 35 proc.

Co charakterystyczne, zarówno w tym ostatnim kraju, jak i w Słowenii oraz Chorwacji dyskusje nad urną zdominowały wewnętrzne problemy, głównie korupcja i gospodarcza recesja. Problemy istotne dla Brukseli zeszły na dalszy plan.

W Słowenii eurowyobory były próbą generalną przed nadchodzącymi przedterminowymi wyborami parlamentarnymi. Kilka tygodni temu premier Alenka Bratušek podała się bowiem do dymisji, bo wcześniej utraciła przywództwo w partii Pozytywna Słowenia. W tej sytuacji kampania wyborcza była tylko przygrywką przed tym, co czeka Słoweńców za kilka lub kilkanaście tygodni.

Jak słusznie zauważa komentator Washington Post, niska frekwencja w tym wypadku nie była więc wyrazem eurosceptycyzmu słoweńskiego społeczeństwa. Nie chodzi nawet o to, że Europejski Parlament jest postrzegany jako mało istotna instytucja w procesie decyzyjnym w Unii czy o to, że to ciało odległe, którego sprawy nie dotyczą przeciętnego Słoweńca. Raczej przyczyną tak skromnego uczestnictwa w wyborach była niechęć do lokalnych partii politycznych, skompromitowanych przez korupcyjne skandale czy inne afery, jakie w ostatnich miesiącach trawiły słoweńską scenę polityczną.

W tej sytuacji w eurowyborach najlepszy wynik osiągnęła Słoweńska Partia Demokratyczna, która zdobyła prawie 25 proc. głosów. Koalicja NSi oraz SLS (Nowej Słowenii i Słoweńskiej Partii Ludowej) dostała poparcie na poziomie 16,5 procenta.

Teoretycznie, w Chorwacji eurowybory powinny wzbudzać większe emocje, bo nie zdążyły one spowszednieć nowemu członkowi UE. Mimo to, według sondażu przeprowadzonego w styczniu, mniej niż połowa Chorwatów w ogóle zdawała sobie sprawę, że w maju czeka ich takie wydarzenie. Prawda jest taka, że Chorwatów bardziej, niż abstrakcyjne zagadnienia, w rodzaju czy Unia powinna mieć własną armię i wspólną politykę zagraniczną, obchodzi w tym momencie dojmujący kryzys, w którym ugrzęzła gospodarka tego kraju.

Kontrowersje przy okazji tych wyborów w Chorwacji wzbudziła postać Ružy Tomašić, liderki HSP-AS. Partia HDZ (Chorwacka Wspólnota Demokratyczna) weszła w polityczny sojusz z HSP-AS mimo, że nie wszystkim było po drodze z mającą nacjonalistyczne, a często i eurosceptyczne poglądy Tomašić. W 2013 roku Tomašić przyłączyła się w Parlamencie Europejskim do grupy eurosceptyków czyli Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR), w przeciwieństwie do europosłów z HDZ, którzy dołączyli do Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Joseph Daul, przewodniczący EPP osobiście skrytykował pomysł włączenia w tym roku Tomašić do wyborczego aliansu HDZ i HSP-AS, ale i tak znalazła się ona na listach wyborczych.

Obserwatorzy zwracają uwagę, że obywatele w europejskich wyborach „ukarali” rządzącą Socjaldemokratyczną Partię Chorwacji za niespełnione obietnice poprawy sytuacji gospodarczej. Opozycyjna koalicja HDZ i HSP-AS zdobyła bowiem ponad 41 proc. głosów. Natomiast koalicja skupiona wokół rządzącej SDP – niecałe 30 proc. Na uwagę zasługuje to, że 9,5 proc. głosów dostał ORaH, czyli Zrównoważony Rozwój Chorwacji z Mirelą Holy, działaczką na rzecz ekologii i praw społeczności LGBT, na czele.

Z kolei wyniki wyborów w Bułgarii najpewniej przyczynią się do dalszej politycznej destabilizacji kraju. Europejskie wybory były tylko pretekstem do ogłoszenia nowego politycznego układu sił na krajowej scenie politycznej. Zwyciężyła w nich konserwatywna partia GERB (Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii) byłego premiera Bojko Borisowa, która dostała 30 proc. głosów. A to oznacza niepewną przyszłość dla rządu premiera Płamena Oreszarskiego, popieranego przez Bułgarską Partię Socjalistyczną. Zdobyła ona zaledwie 19 proc. głosów. Borisow zażądał ustąpienia rządu, argumentując, że nie ma on społecznego poparcia.

Zdaniem bułgarskiego polityka Iwajło Kalfina te wybory pokazały, że Bułgarzy mają dość sztucznego politycznego podziału kraju na zwolenników GERB i zwolenników BPS. „Razem te partie dostały poparcie na poziomie mniejszym, niż 50 proc., przy czym te oddane na nich głosy były tylko głosem ok. jednej trzeciej bułgarskiego społeczeństwa” – zwracał uwagę Kalfin. Jego zdaniem, to oznacza, że Bułgarzy chętnie oddaliby swój głos na kogoś zupełnie innego i obrali „trzecią drogę”, ale przy obecnym kształcie politycznej sceny nie jest to łatwe.

W zupełnie innej sytuacji jest rząd Rumunii, gdzie rządzący i ich sojusznicy PSD-PC-UNPR (koalicja Partii Socjaldemokratycznej i Partii Konserwatywnej oraz Narodowego Związku na rzecz Rozwoju Rumunii) nie dali szans politycznym rywalom, zdobywając 37 proc. głosów.

Na tle innych krajów południa Europy, szczególnie przykuwa uwagę wynik wyborów w Grecji. Tam do głosu wyraźnie doszli radykałowie, zarówno z lewej, jak i prawej strony. Zwyciężyła, z ponad 26-procentowym poparciem opozycyjna Koalicja Radykalnej Lewicy Syriza. Jej przedstawiciele zdecydowanie sprzeciwiają się drastycznym planom oszczędnościowym narzuconym Grecji przez UE i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nowa Demokracja urzędującego premiera Antonisa Samarasa dostała ledwo ponad 22 proc. głosów. Na trzecim miejscu z kolei ulokowała się radykalna prawica, czyli Złoty Świt z wynikiem 9 proc. Oskarżani nie tyle o nacjonalistyczne inklinacje, co wręcz o nazistowskie sympatie działacze tej partii uważają, że to oni – a nie Syriza – są prawdziwymi wyrazicielami społecznego gniewu. Również wobec działań Brukseli.

O ile społeczne niezadowolenie z powodu recesji czy wręcz kryzysu gospodarczego w poszczególnych krajach jest obecnie wspólnym mianownikiem dla wielu państw regionu Bałkanów, o tyle tylko w Grecji wyraźnie przybrało ono formę antyunijnej retoryki. Wyraźnie wskazuje się tam „winnych” złej sytuacji gospodarczej, czyli urzędników z Brukseli i MFW. W Bułgarii, Chorwacji i Słowenii, choć nastroje dalekie są od optymistycznych, to niezadowolenie wyborcy skierowali raczej przeciwko rodzimym politykom, zwłaszcza tym aktualnie rządzącym.

About Justyna Krupa

Doktorantka na Uniwersytecie Jagiellońskim, na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych, mająca również doświadczenie w dziennikarstwie. Piszę głównie o Chorwacji i Serbii.
KOMENTARZE