Home / Kultura / Festiwale / „Hamlet” obłędny, Hamlet zdradzony

„Hamlet” obłędny, Hamlet zdradzony

Autorka: Sylwia Dimtchev

Do Gdyni wybrałam się specjalnie na pokaz spektaklu „Hamlet” macedońskiego reżysera Dejana Projkovskiego. Był to mój pierwszy kontakt nie tylko z Festiwalem Szekspirowskim, ale również z macedońską sztuką sceniczną. Pech chciał, iż był to jeden z najgorętszych dni tego lata – przedstawienie odbywało się w Teatrze Miejskim, w którym klimatyzacja nie działała zbyt dobrze, co w połączeniu z tłokiem we foyer i opóźnieniami, nie wpływało korzystnie na nastrój. Dopiero kilkanaście minut po 20. zapowiedziano grupę. Oddalałam jednak od siebie pierwsze negatywne wrażenia, by móc w pełni skoncentrować się na odbiorze sztuki, która do krótkich nie należy (pierwsza część – 2h, druga – 1h)

Spektakl jest gęsty jak zupa, w której na bulionie z klasyki ugotowano zarówno warzywa z mrożonki jak i nowalijki, garść różnych owoców i bakalii, a następnie zabielono śmietanką wysokiej klasy gry aktorskiej (choć i ta momentami nie pozostaje bez zastrzeżeń). Niestety, konsumując ją, można natknąć się na włos lub, co gorsza, kawałek kalosza. Całość – równie intrygująca i nietypowa co ciężkostrawna.
Już pierwsza scena zaskakuje: po odsłonięciu się kurtyny oczom widzów ukazują się całkiem nagie, śpiące ciała mężczyzn. Nagość ta jednak nie jest szokująca czy niesmaczna, gdyż można znaleźć uzasadnienie takiego reżyserskiego rozwiązania, a światło padające w tym czasie na scenę jest bardzo przytłumione. Mężczyźni ci to strażnicy zamku, którzy po obudzeniu się chodzą na czworakach pod żelaznym stelażem i węszą. Zwierzęta? Ludzie niższej kategorii? W dworskiej hierarchii z pewnością – to tylko służba. Z tym zamysłem bardzo dobrze koresponduje następna scena. W miejscu, do którego ledwie sięgały głowy wartowników, widzimy nogi ubranych, zasiadłych przy stelażu – stole, mieszkańców zamku, m.in. króla Klaudiusza (Branko Giorchev) i królową Gertrudę (Katerina Kocevska)

Później bywa różnie. O ile w pierwszej części wszystko jest spójne i przyciągające uwagę, a „włosem” bywa jedynie Ofelia odgrywana przez Viktoriję Stepanowską, o tyle oglądanie drugiej części jest jedzeniem wspomnianych już, fragmentów kalosza. Tu reżyser chyba sam się pogubił. Panicznie bojąc się konwencji, uciekł prosto w ich namnożenie, na scenie więc pojawia się absolutnie wszystko, pytanie tylko: po co? Przyznaję się bez bicia, trzeci dzień zastanawiam się, „co artysta miał na myśli” i… Nie wiem. Odnoszę wrażenie, jakby Projkovski rzucał kilka różnych pomysłów, by trafić do różnych odbiorców. A nuż ktoś czegoś nie zrozumie? Proszę, łopatologiczne wyjaśnienie. Ktoś lubi nowoczesność w klasyce – nie ma sprawy, dla nich będzie pisanie e-maila. Ktoś szuka potwierdzeń męskiej dominacji w epoce – proszę bardzo, pijany mąż-król bierze od tyłu swoją bezwolną żonę.
Garść najbardziej rażących banalnych zabiegów: Hamlet po zamordowaniu Poloniusza przywdziewa czerwone, gumowe rękawice. Widzimy scenę morderstwa, to już i tak jest krew na rękach, nie trzeba jej jeszcze „ubierać”. Pojawienie się ducha – ojca Hamleta wiąże się z wdmuchaniem dymu na scenę. Gorszym rozwiązaniem mógłby być tylko kostium z prześcieradła. Kiedy Gertruda opowiada Klaudiuszowi o śmierci Ofelii, w głębi sceny pojawia się plastikowa wanna z wodą, do której wchodzi właśnie Ofelia i topi się niemalże do rytmu padających słów o złamanej gałęzi i rzece. Sama wanna była genialnym pomysłem, niezwykle plastycznym i pięknie oświetlonym rekwizytem, a także została wyjątkowo dobrze i przejmująco ograna przesz Ofelię (obraz podświetlonych kropel wody, spadających z rozpuszczonych włosów kobiety pozostanie na długo w mojej pamięci). Słowa i dodatkowe osoby zniszczyły tę scenę, pozbawiając ją dramatyzmu, a przydając śmieszności.


Na olbrzymie brawa zasługuje scenografia – prosta, a zarazem funkcjonalna, dobrze wykorzystana przez aktorów i reżysera. Dwa żelazne tarasy, pierwszy – niższy, w środkowej części sceny, drugi – wyższy w głębi sceny, zabudowany czymś w rodzaju siatki. To głównie na stelażach, a także przy kupce piasku znajdującej się w przedniej części sceny, rozgrywa się akcja dramatu Surowość i wielkość scenografii wprowadza uczucie zagrożenia, zagubienia i napięcia, dopełnianego przez delikatną acz świdrującą słuch muzykę. Bardzo ciekawym rozwiązaniem było zawieszenie wzdłuż całego niższego stelażu otwartych książek na nitkach. Kołysały się one lekko cały czas, jednoznacznie kojarząc się z wisielcami na szubienicy.

Niezaprzeczalną gwiazdą wieczoru został Dejan Lilik oraz jego kreacja Hamleta. Nie, powodem nie jest jego uroda. Wszelkie nagrody, którymi niejednokrotnie został uhonorowany wydają się być absolutnie zasłużone – aktor jest niezwykle utalentowany. Bawi i przeraża, wzrusza i niepokoi. Nie zapycha swoją osobą całej przestrzeni scenicznej. Gra eksponując (często niestety mniej zdolnych) partnerów, w swoją rolę wcielając się jakby przypadkiem. Daje to wrażenie naturalności – mijając Lilika na ulicy mijałabym Hamleta. Jego emocje wydają się być reakcjami normalnego człowieka na życie pośród zdrajców, morderców i obłudników. Normalnego, choć posądzanego o obłęd. W ciągu całego spektaklu otoczenie Hamleta szuka odpowiedzi na pytanie: „Co jest przyczyną obłędu księcia”? Miłość? Nagła śmierć ojca? A gdyby tak zmienić punkt widzenia, jak zrobił to reżyser i uznać, że Hamlet jest w pełni władz umysłowych? Że jego zachowanie to reakcja na rzeczywistość, w której został zdradzony i oszukany? W której nie ma nic do stracenia, ponieważ stracił już wszystko, a teraz przemawiają przez niego gniew, niedowierzanie, rezygnacja? W tle na „szubieniczkach” kołyszą się książki, inne, z przodu sceny, Hamlet ustawia w krąg i karmi jak małe zwierzątka. Jedną przybija gwoździami do desek sceny. Czymże to jest, jak nie wyrazem zanegowania wszystkiego, czym do tej pory go karmiono, co mu opowiadano, porzucenia tego, w co kazano mu wierzyć? Nie obchodzi go, co myślą inni – zna straszliwą prawdę. Choć wydaje się, że w takim stanie powinien pragnąć odwetu, emocją wiodącą jest złość i bezsilność. Hamlet nie idealizował swojego stryja, jednak wieści przekazane przez ducha ojca (granego przez Laze Manaskovskiego) były i tak olbrzymim ciosem. Doskonale wie, co robi, karmiąc piaskiem Rozenkranza i Gildensterna. Jest to zemsta za szpiegowanie na polecenie Poluniusza (Dragan Spasov), Klaudiusza i Gertrudy, a brak lojalności wobec niego.

Na scenie dzieje się dużo. Czasami nawet za dużo – dwa plany, szeroka scena i w sumie trzynastu aktorów do obsadzenia. Jeśli kilka rzeczy dzieje się w tym samym czasie (a w spektaklu mamy kilka takich scen), widz czuje się zdekoncentrowany i nie wie, która postać jest ważna, na co zwrócić uwagę. Tak jak już wspominałam, całość nie jest łatwą rozrywką. To tłusty gulasz, którego smaku długo się nie zapomina. Aby się nie zniechęcać, do tak ciężkostrawnych dań warto jest wypić kieliszek czerwonego wina, w którego skład wchodzi chęć poznania spojrzenia na teatr w innych krajach europejskich, kredyt zaufania względem twórców i próba dotarcia do ich argumentów a także potrzeba szukania inspiracji w sztukach i rozwiązaniach, z którymi nie do końca się zgadzamy. Tam, gdzie zachodzi pewien konflikt, tam rodzi się twórczość.

festiwalszekspirowski.pl

youtube.com

About Sylwia Dimtchev

KOMENTARZE

Recenzje przeczytalam jednym tchem. Jest bardzo rzeczowa i swietnie napisana.bardzo lekko i przyjemnie sie ja czyta. Jest bardzo obiektywna. Mozna znalezc plusy i minusy spektakl, a nie tak jak w wielu przypadkach recenzji albo wychwalanie albo kompletne obrzucenie blotem). Mam nadzieje, ze wiecej Twoich recenzji i artykulow bedzie mozna czytac na stronie.