Home / Bałkany / Grecja / Idomeni: jak wygląda życie w obozie uchodźców
nbcnews.com
nbcnews.com

Idomeni: jak wygląda życie w obozie uchodźców

Światowe media coraz bardziej zaniepokojone są sytuacją w obozie uchodźców Idomeni na granicy grecko-macedońskiej. Po decyzji Unii Europejskiej o zamknięciu granic dla imigrantów, tysiące osób zostało zmuszonych do koczowania w tym niewielkim pogranicznym miasteczku, którego liczba mieszkańców każdego dnia rośnie. Nadzieje, bowiem, na ponowne otwarcie granic nie gasną. Czyżby miało dojść do powstania pierwszej faweli w Europie?

Idomeni, które początkowo pełniło funkcję tymczasowego obozu dla uchodźców, przeobraziło się w permanentne, prowizoryczne miasteczko – donosi niemiecka stacja nadawcza Deutsche Welle. W obozie panują przerażające warunki bytowe, a jego mieszkańcy, pochodzący głównie z Bliskiego Wschodu i północnej Afryki, przebywają w nim wbrew własnej woli. Celem ich podróży od początku była Europa Zachodnia.

Zgodnie z relacją niemieckich dziennikarzy, każdego dnia do tej niewielkiej osady przyjeżdżają cztery autobusy z imigrantami. Pojazdy zatrzymują się na początku drogi asfaltowej, która prowadzi do obozu, a następnie odjeżdżają z powrotem – najczęściej puste. Jeżeli ktoś wsiądzie do autobusu w dalszą drogę, to są to nieliczne osoby, które liczą na lepsze warunki w innych greckich obozach.

Obóz zaczyna żyć własnym życiem

Znacznie więcej ludzi przybywa do Idomeni, niż go opuszcza. Z każdym dniem miasteczko imigrantów przybiera na rozmiarze. Jedyną barierę stanowi dla niego płot postawiony przez Macedończyków na granicy z Grecją. I nie jest już to tylko gąszcz namiotów rozsianych po okolicznych polach – w obozie zaczęły pojawiać się pierwsze, oczywiście nielegalne, konstrukcje budowlane.

Nielegalne obozowisko rozciąga się na długości kilkuset metrów wzdłuż torów kolejowych przecinających granicę. Szerokie jest na niemal kilometr. Szacuje się, że przebywa w nim obecnie około 1200 osób, z czego zaledwie ułamek nocuje w ufundowanych przez ONZ namiotach polowych postawionych na betonowych platformach i wyposażonych w sto łóżek piętrowych. Pozostałe osoby śpią w niewielkich namiotach wzniesionych bezpośrednio na błotnistych polach lub na żwirowym nasypie kolejowym.

Każdy dzień w obozie wygląda tak samo. Od bladego świtu jego mieszkańcy ustawiają się w kolejkach do punktu medycznego oraz do stanowiska, w którym wydawane są posiłki. Żywność można również nabyć od Romów przyjeżdżających każdego ranka do obozu ze świeżym towarem (jajkami, chlebem, ryżem oraz warzywami i owocami).

Wieczorami przed namiotami rozpalane są ogniska, na których imigranci gotują zdobyte w ciągu dnia produkty spożywcze. Jako opał wykorzystywane jest skradzione z okolicy drewno i podkład kolejowy oraz zebrane z pola śmieci.

Miasto bez państwa

Zaopatrzeniem imigrantów w żywność, odzież, koce oraz środki medyczne zajmują się organizacje pozarządowe. „W obozie odebrano już kilka porodów, a kolejnych oczekujemy w najbliższym czasie” – opowiada pomagająca w obozie czeska lekarka. Wolontariusze mają pełne ręce pracy przy opiece nad chorymi i dziećmi. W obozowisku funkcjonuje herbaciarnia, a wieczorami imigrantom włączana jest arabska muzyka pop.

W Idomeni kwitnie również handel. Uchodźcy handlują wszystkim, czym się da – głównie olejem, owocami, papierosami, bateriami i turystycznymi kuchenkami gazowymi.

O czystość na miejscu dba zespół ludzi finansowany z pieniędzy międzynarodowych organizacji humanitarnych. O „rozwój urbanistyczny” miasteczka dbają natomiast sami uchodźcy. Ich samoorganizacja doskonalona jest każdego dnia. Z biegiem czasu zwiększyła się liczba toalet, improwizowanych pryszniców i leżanek do spania. Ostatnio w obozie pojawiły się nawet drewniane ławki i namiastki plastikowych markiz chroniących przez słońcem. Pozostaje tylko czekać aż uchodźcy zaczną wznosić pierwsze baraki. A kiedy i to się stanie, wówczas śmiało będzie można powiedzieć, że Europa doczekała się swojej pierwszej faweli.

W tak niedługim czasie Idomeni z zaledwie kilkusetosobowego miasteczka stało się drugim największym pod względem ludności miastem greckiego okręgu Kilkisa. Co prawda, rząd Grecji donosi, że liczba ludności w Idomeni spadła w ostatnich tygodniach do 11 300 mieszkańców,  jednak organizacje pozarządowe i greccy wolontariusze zaprzeczają tym doniesieniom. Grecka administracja wie bowiem tylko o tych imigrantach, którzy po przybyciu do obozu meldują się w obozowych posterunku policji. Nie robią tego jednak wszyscy.

Pozostaje tylko nadzieja

Dłuższego pobytu w Idomeni, a tym samym meldunku, nie planuje m.in. dwójka 20-letnich Syryjczyków – Ahmed i Abdulhamid. Podobnie jak pozostali mieszkańcy obozu wierzą, że granica z Macedonią zostanie niebawem otwarta.

Dla Diany i Anuara, Syryjczyków z Aleppo, pozostanie w Idomeni również nie wchodzi w rachubę. „Nie przybyliśmy do Europy po to, aby żyć w obozie dla uchodźców” – żali się reporterowi Deutsche Welle Diana. „Syria to już dla nas przeszłość, my naszą przyszłość chcemy budować gdzie indziej” – dodaje. Zapytana czy bierze pod uwagę to, że w Syrii wojna kiedyś się skończy, dziewczyna wybucha śmiechem i komentuje, że do tego nigdy nie dojdzie.

Diana i Anuar nie chcą wystąpić o azyl w Grecji, ponieważ, jak twierdzą, Grecja ma już wystarczająco dużo swoich problemów. Nie chcą również wziąć udziału w unijnym programie relokacji uchodźców, gdyż „nie chcą skończyć na Węgrzech”.

Diana uważa, że Zachód zaangażował się w wojnę domową w Syrii w imię wolności i obrony praw człowieka. A wolność i poszanowanie ludzkich praw jest wszystkim, czego młoda kobieta pragnie dla siebie i swojej rodziny. Marzenie to chciałaby realizować w kraju, w którym panuje stabilna sytuacja polityczno-gospodarcza. Najchętniej w Holandii. Na pytanie „Dlaczego nie w Niemczech?” odpowiada, że w Niemczech, panują chwilowo wyjątkowo złe nastroje społeczne.

Marzyć jednak można. Fakt pozostaje niezmienny – granice Europy są dla imigrantów zamknięte. „Nie dla wszystkich. Za 500 euro bez problemu można przedostać się z Turcji do Włoch” – odpowiada Anuar. Z relacji pozostałych imigrantów przebywających w Idomeni wynika, że stawka za przemycenie jednej osoby z Grecji, przez Macedonię, do Unii Europejskiej wynosi 1500 euro. Nie wszystkich jednak jest na to stać.

„Otwórzcie granice, jesteśmy ludźmi”

Gdy Unia Europejska podjęła decyzję o zamknięciu swoich granic, uchodźcy zaczęli szukać alternatywnego sposobu przedostania się do Macedonii. Wielu z nich podejmuje daremne próby przedostania się na drugą stronę granicy przez okoliczne lasy i bagna. Ci bardziej majętni zwracają się o pomoc do lokalnych grup przestępczych zajmujących się przemytem ludzi.

W marcu br. w obozie pojawiła się mapa płotu granicznego. Rysunek uwzględniał wszystkie słabe punkty oraz luki, którymi można było przedostać się do Macedonii. Do dziś niewiadomo kto jest autorem kontrowersyjnej ulotki. Wiadomo natomiast, że następnego dwa tysiące osób opuściło obozowisko w poszukiwaniu „sekretnego przejścia”.

„Nadzieja wstąpiła w ludzi. Nie byliśmy w stanie ich powstrzymać. Kolumna setek ludzi ruszyła w stronę Macedonii. Wśród nich był nawet mężczyzna na wózku inwalidzkim, którego trójka synów próbowała wepchnąć po błocie na jedno ze wzgórz. Spytali mnie czy tędy do granicy. Był mężczyzna bez nogi w asyście dwóch pomagających mu osób oraz ślepiec, którego za szalik prowadził syn” – relacjonuje wolontariusz z Wielkiej Brytanii.

Próba ucieczki zakończyła się fiaskiem. Co prawda, kolumnie imigrantów eskortowanej przez wolontariuszy i dziennikarzy udało się obejść płot graniczny, jednak tuż po przedostaniu się na terytorium Macedonii zostali aresztowani przez macedońskie wojsko.

„Niemcy nas nie chcą. Unia Europejska nas nie chce. Jak to jest? Liban to mały kraj, a mieszkają w nim ponad trzy miliony Syryjczyków. W Europie państwa są o wiele większe, a mimo to milion Syryjczyków stanowi zbyt duży problem.” – dziwi się jeden z uchodźców, Hasan.

O krok od wybuchu epidemii

Temperatura w Grecji podnosi się każdego dnia. Warunki w obozie stają się coraz gorsze. Macedońska służba zdrowia ostrzega o „bombie, która lada dzień eksploduje” – do wybuchu epidemii może dojść w każdej chwili. Po atakach wirusowego zapaleni wątroby typu A, coraz częściej pojawiają się przypadki świerzbu. Teren, na którym położony jest obóz, jest bardzo wilgotny. Wszędzie dookoła porozrzucane są śmieci. A wolontariusze rozdają posiłki bardzo niskiej jakości. W obozie kilka dni temu doszło do protestu z powodu przeterminowanych i zepsutych produktów spożywczych.

„Coraz więcej mamy tu przypadków chorób układu oddechowego oraz zapalenia płuc, co jest konsekwencją panujących w obozie warunków.” – donosi Marie-Elizabeth Ingres z pozarządowej organizacji Lekarze bez Granic (Doctors Without Borders). Organizacja do Idomeni i okolic wysłała w ostatnich miesiącach ponad 140 lekarzy-wolontariuszy. W obozie pomagają również medycy z organizacji Lekarze Świata (Doctors of the World), niemieckie organizacje charytatywne oraz Search and Rescue. W planach jest również zaopatrzenie obozu w dwie w pełni wyposażone mobilne kliniki.

„Pomimo naszych wszelkich starań, z przykrością muszę stwierdzić, że organizacje pozarządowe niewiele mogą tutaj pomóc. Problem jest zbyt duży.” – mówi Ingres. Zapotrzebowanie na odzież, żywność oraz opiekę medyczną jest tak duże, że wolontariusze zaczęli rozdawać odzież i koce nocą, aby uniknąć nieopanowanego zamieszania i szarpanin.

Nocna zmiana zajmuje się również przydzielaniem i rozmieszczaniem namiotów. O godzinie 23:00 rozpoczyna się patrol obozowiska, którego celem jest odnotowanie nowoprzybyłych rodzin oraz zapewnienie im miejsc noclegowych. „Wielu imigrantów przyjeżdża bez własnego namiotu i śpi na gołej ziemi.” – relacjonuje wolontariuszka z Kanady.

Wolontariusze przyjeżdżają do Idomeni niemal z całego świata. Tylko w zeszłym miesiącu przybyło ponad 150 nowych osób. Podwoje dla tak licznej rzeszy młodych ludzi otworzył dobroczynnie niewielki hotel w pobliskim miasteczku Polykastro. Obiekt pełni funkcję całodobowej bazy, w której wolontariusze całymi dniami przygotowują posiłki dla mieszkańców obozu.

W opinii Deutsche Welle rząd Grecji powinien jak najszybciej zareagować na pogarszającą się sytuację w obozie. Greccy politycy zapowiadają, że do rozwiązania problemu zostanie użyta siła dialogu, a nie przemoc. Żeby jednak tak się stało, do Idomeni muszą przybyć przedstawiciele greckiej władzy oraz tłumacze, w celu podjęcia próby przekonania uchodźców do relokacji do oficjalnych greckich obozów. Nic takiego jednak nie miało jeszcze miejsca. „Nie bez przyczyny” – komentuje młoda Syryjka Zajnab.  Jej zdaniem Grecy swoją bierną postawą pragną zniechęcić imigrantów do pozostania w Europie i zmusić do wycofania się z Europy.

 Źródła: aljazeera.com, tanjug.rs, dw.com

About Dorota Grzegorek

Absolwentka filologii południowosłowiańskiej, geografii politycznej oraz turystyki i rekreacji. Miłośniczka turystyki górskiej, podróży z plecakiem oraz wypraw autostopowych. Interesuje się przede wszystkimi historią i szeroko pojętą kulturą krajów byłej Jugosławii, literaturą i językiem serbskim, podróżami po świecie oraz dziennikarstwem. Jej celem jest zwiedzenie wszystkich kontynentów oraz założenie własnego hostelu w Belgradzie.
KOMENTARZE