Home / Bałkany / Grecja / Kalpuzos: Wolę tworzyć własne opowieści
kalp

Kalpuzos: Wolę tworzyć własne opowieści

Rozmowa z Janisem Kalpuzosem, autorem opublikowanej w 2014 roku przez Wydawnictwo Książkowe Klimaty powieści ImaretW cieniu zegara (tłum. Ares Chadzinikolau).

Krzysztof Usakiewicz: Pana Imaret jest powieścią o Grecji, której już nie ma…imaret

Janis Kalpuzos: Nie do końca. Ta Grecja istnieje nadal. Po dziś dzień zachowała się – przynajmniej do pewnego stopnia – w zwyczajach, obrzędach, sposobie myślenia. Rodzice nas wychowują, często snują przy tym różne opowieści z przeszłości – w ten sposób tradycja od lat jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Chociaż, teoretycznie rzecz biorąc, ma pan rację.

W drugiej połowie XIX wieku Grecja wyglądała na mapie zupełnie inaczej niż kraj, do którego dzisiaj tak ochoczo jeździmy na wakacje. Jak przebiegały granice państwa greckiego w okresie, kiedy rozgrywa się Imaret?

Grecja była wówczas państwem znacznie mniejszym. W przybliżeniu można powiedzieć, że granice obejmowały jakąś jedną trzecią terytorium współczesnego państwa – tak zwaną Grecję Centralną, czyli region rozciągający się od Attyki po Wyspy Jońskie, Peloponez i kilka wysp. To wszystko. W 1881 roku przesunięciu uległy północne granice i wtedy Grecja uzyskała od imperium osmańskiego Tesalię oraz okręg Arty. Wydaje mi się jednak, że jeśli porównywać dziewiętnastowieczne państwo ze współczesnym, to nie przebieg granic jest sprawą kluczową. Przede wszystkim Grecja, którą opisuję, była wieloetniczna – to właśnie o tym opowiada moja powieść. Ale chyba zacząłem uprzedzać kolejne pytania…

Nie, nie, proszę ciągnąć.

Dziewiętnastowieczne państwo zamieszkiwali nie tylko Grecy, ale również Turcy Osmańscy czy Żydzi. A to i tak duże uproszczenie. Te różne nacje koegzystowały, nawiązywała się między nimi nić porozumienia. Potem jednak przedstawiciele władz – nie ma znaczenia politycznych czy religijnych – zaczęli podkreślać dzielące poszczególne grupy różnice, prowokować do fanatyzmu. W ten sposób ludzie, którzy jeszcze wczoraj byli przyjaciółmi, z dnia na dzień przestali ze sobą rozmawiać. To właśnie ten proces próbuję opisać w Imarecie.

Proszę posłuchać tego fragmentu: „Przeważająca część rozmów, pokrzykiwań, przekleństw i pieśni, które przypadkowy przechodzień wciąż mógł jeszcze usłyszeć, odbywała się w owym dziwnym hiszpańskim […]. Wszak nie brakowało rodzin tureckich czy bułgarskich, przy czym każda mniej lub więcej znała język sąsiadów – młodzież bułgarska przeklinała po turecku, a w piątkowe wieczory nasz dzielnicowy, szewski majster, Turek Ismet, uprzejmie pozdrawiał moją babcię żydowskim szabas szalom, Żydzi zaś przy narodzinach lub śmierci u mahometańskich sąsiadów posyłali brytfannę ciasta przekładanego serem, które na znak swego pochodzenia nosiło turecką nazwę z hiszpańską końcówką burekas”.

Nie wiem, ani kto jest autorem tego fragmentu, ani jakiego dokładnie miejsca on dotyczy, ale w dziewiętnastowiecznej Arcie, czyli epirockim mieście, w którym rozgrywa się akcja mojej powieści, było tak samo. Na przykład, zgodnie ze zwyczajem – który zresztą jest praktykowany po dziś dzień – Grecy na Wielkanoc zawsze malowali jaja na czerwono. To było zupełnie naturalne, że część z nich oddawali w prezencie muzułmanom. Oczywiście, ci nie pozostawali dłużni i podczas obchodów ramadanu czy Bajramu chętnie częstowali chrześcijan przygotowaną wcześniej świąteczną baklawą. Ci ludzie nieustannie mieli jakieś wspólne sprawy, prowadzili ze sobą interesy. Nic dziwnego, że języki się mieszały, a niektóry wyrazy – tak jak burekas w przytoczonym przez pana cytacie – były zapożyczane.

Fragment pochodzi z przetłumaczonej niedawno na polski powieści Daleko od Toledo autorstwa bułgarskiego pisarza o żydowskich korzeniach, Angela Wagensteina. Autor stara się w niej przybliżyć czytelnikowi codzienność osmańskiego Płowdiwu. Między Daleko od Toledo i Imaretem widzę wiele podobieństw, ale dostrzegam też jedną zasadniczą różnicę. Opisana przez Wagensteina społeczność jest utopijna. Mieszkający w Płowdiwie Bułgarzy, Osmanie, Żydzi, Ormianie przeżywają wszystkie radości i smutki wspólnie. W powieści nie ma mowy o żadnych konfliktach na tle etnicznym. Tymczasem w Imarecie dzieci chętnie toczą grecko-tureckie bitwy na kamienie, a wielu mieszkańcom Arty nie podoba się przyjaźń, jaka nawiązała się między dwoma głównymi bohaterami: Grekiem Liondosem i Turkiem Necipem…

Idealne, żyjące w pełnej zgodzie społeczności ani nie istniały dawniej, ani nie istnieją dziś. Wiele zależy od tego, w jakim okresie rozgrywa się akcja powieści, na którą się pan powołuje. Na przykład, czy był to czas, kiedy wybuchały już powstania i kiedy coraz większą popularność na Bałkanach zdobywała idea narodowa. To jest właśnie ten moment, kiedy na dotychczas spójnych, wieloetnicznych społecznościach pojawiają się pierwsze, naprawdę głębokie rysy. Mnie zależało, żeby w Imarecie przedstawić różne punkty widzenia, również te skrajne. Dlatego piszę nie tylko o przyjaźni Liondosa z Necipem. Na kartach powieści pojawiają się także grecki i turecki fanatyk – dziś pewnie nazwalibyśmy ich nacjonalistami.

Kim zatem był Turek dla Greka w tamtym okresie? Poczciwym sąsiadem, na którego pomoc zawsze można było liczyć czy srogim ciemiężycielem i bezbożnikiem? A może prawda leży gdzieś pośrodku?

Świat nie jest czarno-biały. Uważam, że otaczającej nas rzeczywistości nie można szufladkować w taki sposób. Właściwie wszystkie odpowiedzi mogą być poprawne – wszystko zależy od miejsca, czasu, okoliczności. Powiedziałbym tak: te różne nacje rzeczywiście koegzystowały w zgodzie i harmonii. Ludzie nieraz nosili te same ubrania, wolny czas spędzali w tych samych kawiarniach. To wcale jednak nie znaczy, że incydenty czy konflikty wynikające z różnicy zdań i interesów nie miały miejsca – miały, jak najbardziej! Proszę sobie choćby przypomnieć opisane przeze mnie rękoczyny, jakich dopuszczali się kupcy greccy i żydowscy.

Podczas lektury Imaretu jedno wzbudziło moją wątpliwość. W zaprezentowanym przez pana obrazie wieloetnicznej Arty brakuje zupełnie Słowian i Arumunów, którzy przecież w czasach osmańskich dość licznie zamieszkiwali Epir.

Słowianie na terenie Grecji rzeczywiście mieszkali już w X wieku. A przybyli wcześniej, znacznie wcześniej. Nie dotarłem jednak do żadnego świadectwa, które potwierdzałoby ich obecność akurat w Arcie. O ile mi wiadomo, w pobliżu miasta nie ma też ani jednej wsi, w której Słowianie stanowiliby jeszcze w XIX wieku znaczącą grupę – tak jak na przykład położone na wschód od Janiny Metsowo, gdzie po dziś dzień można usłyszeć arumuński. Zresztą, skoro już jesteśmy przy Arumunach… Tutaj sytuacja wygląda podobnie. W Arcie Arumuni mieszkali, ale to były naprawdę pojedyncze osoby. Można powiedzieć, że ta mniejszość po prostu nie przetrwała próby czasu i uległa asymilacji. To widać nawet na przykładzie języka greckiego. Arumunów po grecku nazywamy Wlachi (Βλάχοι). Obecnie, znacznie częściej, tego wyrazu używa się na określenie pasterzy. Oczywiście, nie jest dziełem przypadku, że pasterstwo było tradycyjną arumuńską profesją. Ale dziś kiedy Grek słyszy wyraz wlachi myśli po prostu o pasterzach – ich tożsamość czy język, jakim się posługują, nie odgrywają tu żadnej roli. Jeszcze jedna uwaga, co do Słowian… Oczywiście, można odnaleźć wiele nazw miejscowości w okolicach Arty, których etymologia jest bez wątpienia słowiańska. W okresie, który ja badałem, Słowianie już tam jednak nie mieszkali. Jak wyglądało to czterysta lat wcześniej pozostaje kwestią otwartą. Proszę zwrócić uwagę, że także Albańczycy w Imarecie pojawiają się jedynie wtedy, gdy mowa o żołnierzach wojsk osmańskich. Czy to znaczy, że w Arcie nigdy nie mieszkali przedstawiciele tej nacji? Bynajmniej! Mieszkali, ale w okresie, który ja opisuję – czyli drugiej połowie XIX wieku – Albańczycy ulegli już asymilacji z miejscową ludnością.

A Cyganie?

O Cyganach wspominam. Niewiele, bo oni nigdy nie wywarli znaczącego wpływu na życie Arty. Nie chodzili do kawiarni, nie angażowali się w inicjatywy pozostałych mieszkańców miasta. Nie słyszałem o żadnym Cyganie, który budowałby wówczas dom. Zawsze mieszkali w namiotach i żyli w izolacji. Woleli pozostać z boku.

Mam świadomość, że to bardzo abstrakcyjne pytanie, ale gdyby miał pan możliwość… Chciałby pan zamieszkać w Arcie z czasów Imaretu?

Przecież ja tam mieszkałem! Żeby napisać tę powieść musiałem przeczytać około czterystu innych książek. Zajęło mi to cztery lata. W poszukiwaniu nowych informacji wertowałem wszystko: relacje podróżników, pamiętniki i wspomnienia, opracowania naukowe, zbiory pieśni, albumy z archiwalnymi fotografiami… Odwiedzałem biblioteki, muzea. Bezcenna okazała się dziewiętnastowieczna prasa. Dużo uwagi poświęciłem ówczesnej architekturze. Przeczytałem wiele prac o islamie i Turkach Osmańskich. Przede wszystkim jednak starałem się skupić na szczegółach życia codziennego. Na przykład jakie lekarstwa wtedy zażywali ludzie? Czym najchętniej handlowali kupcy? Te źródła przeniosły mnie w tamte czasy – naprawdę, czuję się jakbym spacerował po ulicach dziewiętnastowiecznej Arty. I chyba właśnie dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę odpowiedzieć: nie, nie chciałbym żyć w tamtych czasach. To była trudna epoka pod każdym względem – zarówno niestabilnej sytuacji politycznej, jak i kiepskich warunków życia, ciągłych epidemii… Zapach unoszący się wtedy na ulicach miast też nie należał do przyjemnych. Współczesnemu człowiekowi, przyzwyczajonemu do życia w luksusie, naprawdę trudno byłoby się przestawić.

Mieszkańcy Arty z jednej strony noszą fraki i cylindry, wzorują się na modzie wprost z Paryża. Z drugiej jednak chodzą na przedstawienia teatru cieni – co było popularną rozrywką w całym imperium osmańskim – albo biorą udział w uroczystości obrzezania dziewięcioletniego Necipa. Grecja, którą pan opisuje, jest państwem Zachodu czy Wschodu?

Jest pograniczem – czerpie zarówno z dziedzictwa Europy Zachodniej, jak i Orientu. Tutaj znów wkładanie do jednej lub drugiej szufladki kompletnie nie ma sensu. Oczywiście, jak słusznie pan zauważył, w tym okresie napływa do Grecji moda Europy Zachodniej. Coraz więcej osób wychodząc z domu zakłada na głowy kapelusze, a do ręki bierze laskę. Z tym że zaraz potem na ulicy te fraki i kapelusze mieszają się z tradycyjnymi greckimi fustanelami oraz osmańskimi fezami. Społeczeństwo w XIX wieku w ogóle było pełne kontrastów. Ci najzamożniejsi znajdowali zatrudnienie choćby w powstających w Arcie konsulatach. W ich zbudowanych z przepychem domach często stały na przykład fortepiany. Oni raczej pogardzali takimi rozrywkami jak teatr cieni, w którym gustowała klasa średnia. Ale jeszcze raz chcę podkreślić, że nie opisuję świata czarno-białego. Również tym najbogatszym, wydawałoby się zapatrzonym w Zachód, zdarzało się zasiąść wieczorem w miejscowej Kafe Aman i śmiać się z niewybrednych żartów teatru cieni.

Jest sporym zaskoczeniem, że w tym świecie Greków, Osmanów i Żydów pojawia się również polski akcent…

Akcja mojej powieści rozpoczyna się w 1854 roku, ale zamieszczam też kilka retrospekcji. Po wybuchu powstania greckiego w 1822 roku w Pecie – miejscowości położonej kilka kilometrów na wschód od Arty – odbyła się bitwa. Po stronie greckiej stanęli również przybyli z całej Europy filhelleni. Młodzi mężczyźni, zafascynowani Grecją do tego stopnia, że byli gotowi oddać za nią życie. Wśród nich doliczono się także piętnastu Polaków. Nie chcę wchodzić w jakieś banalne i tkliwe porównania, ale w pewnym sensie Polacy i Grecy byli w tamtym okresie w podobnej sytuacji. Wiem też, że dziewiętnastowieczna polska prasa chętnie publikowała relacje z przebiegu walk z Osmanami.

W tym miejscu narzuca się pytanie, jak bardzo historyczny jest Imaret? Czy historie, które pan opisuje, wydarzyły się naprawdę?

Głównych bohaterów wymyśliłem ja. Natomiast same realia epoki są jak najbardziej historyczne. Niektóre postacie drugoplanowe również. Na przykład występujący w powieści właściciel ziemski Konstandinos Karapanos. Był bajecznie bogaty, trzy czwarte ziemi w okolicy należało do niego.

A – jak sam pan pisze – legendarny aktor teatru cieni, Mustafa Çağlar? Przygotowując się do rozmowy, dość długo szukałem o nim jakichkolwiek informacji, ale wszystko na próżno.

(Śmiech). To akurat postać fikcyjna. Nie udało mi się dotrzeć do informacji o żadnym aktorze, który w tym okresie regularnie odwiedzałby Artę. Nie chciałem używać imion postaci historycznych, które w tamtych czasach z całą pewnością wystawiały przedstawienia w Istambule, nie wiadomo jednak, czy podróżowały do Epiru i Arty. Wprowadziłoby to tylko niepotrzebny zamęt. Wolałem stworzyć własnego bohatera.

Szczególnie trudne musiało być chyba zgłębianie historii Turków Osmańskich. Choćby z powodu niełatwej do przekroczenia bariery językowej. W Polsce kultura Osmanów dla większości – wyjąwszy może niewielkie grono pasjonatów i pracowników akademickich – jest całkowitą egzotyką.

Myślę, że wszyscy mamy duże problemy ze zrozumieniem: kim byli naprawdę ci ludzie. Na czym opierają się zasady islamu. Łączy nas znacznie więcej, niż wielu by sądziło. W Grecji często jestem zapraszany na spotkania w szkołach. Kiedy schodzi na Turcję, pytam uczniów czy słyszeli o sułtanie Sulejmanie Wspaniałym. Wszyscy przytakują, zadaję wtedy następne pytanie: a czy wśród was widzicie jakiegoś Sulejmana? „Tak”, „nie”, „nie wiem” – padają wszystkie możliwe odpowiedzi, uczniowie są mocno zbici z tropu. Wiecie, jak nazywa się Sulejman po grecku? – ciągnę wtedy. Solomondos, grecki wariant hebrajskiego Salomona. Podobne analogie można pokazać na przykładzie innych imion. Abraham to turecki Ibrahim i grecki Awraam. Józef – turecki Yusuf i grecki Josif. To zawsze robi duże wrażenie. „Dlaczego, dlaczego tak?” – słyszę. „Dla wszystkich – chrześcijan, muzułmanów, żydów –Stary Testament jest taki sam” – wyjaśniam wtedy. Historie o Noem, Abrahamie, Izaaku są wspólne. To wydaje się oczywiste, ale w rzeczywistości mało kto zdaje sobie z tego sprawę.

Imaret został przetłumaczony na turecki?

Tak. Na razie jednak za wcześnie, by mówić o reakcjach. Tureckie wydanie ukaże się w lutym, wszystko jest już uzgodnione. [Rozmawialiśmy podczas Festiwalu Conrada w Krakowie w październiku 2014 r.]. Nie mam raczej żadnych obaw co do tego, w jaki sposób powieść zostanie przyjęta – po prostu bardzo się cieszę. Każdy nowy przekład to szansa na dotarcie do zupełnie nowego grona czytelników. Opowiem panu anegdotę. Nie ukrywam, że kiedy Imaret trafił do greckich księgarni, byłem mimo wszystko ciekawy, jak na tę powieść zareagują miejscowi Turcy – w Grecji mamy przecież dużą mniejszość muzułmańską. Traf chciał, że któregoś dnia otrzymałem mail właśnie od tureckiej czytelniczki: „Kupiłam dzisiaj pana książkę, zaraz zabieram się do czytania!”. Liczyłem po cichu, że podzieli się ze mną wrażeniami z lektury. Tymczasem minął pierwszy miesiąc, drugi, trzeci – cisza… Uznałem, że po prostu Imaret jej nie przypadł do gustu. Tymczasem cztery miesiące później otwieram pocztę, patrzę, znów mail od niej: „Jestem pod ogromnym wrażeniem, fantastyczna książka!”. Wie pan, czemu tyle to trwało? Ona przeczytała kilka pierwszych stron. Powieść rozpoczyna się od sceny morderstwa, gdzie ginie ojciec Liondosa. „Byłam pewna, że uczynił pan mordercą Turka” – przyznała mi potem. „Właśnie dlatego długo nie mogłam się przemóc, żeby czytać dalej”. Cała ta historia jest doskonałą ilustracją głębszego problemu – zarówno ja, jak i ona, pomyśleliśmy stereotypami. Czy było to potrzebne, proszę ocenić samemu.

Zajmijmy się przez moment współczesnością. Można spotkać się z opinią, że dziedzictwo osmańskie i wieloetniczna przeszłość są dzisiaj w Grecji tematem tabu. W historiografii greckiej mamy szlachetne czasy starożytne, potem tysiąc lat cesarstwa bizantyńskiego, czyli kolejny powód do dumy. Jednak po upadku Konstantynopola w 1453 roku narracja niemal od razu przeskakuje do lat dwudziestych XIX wieku i początku walk niepodległościowych z Osmanami. Tymczasem te dwa wydarzenia dzieli niemal czterysta lat…

Kiedy w pierwszej połowie XIX wieku tworzyło się nowe państwo greckie, przedstawiciele elit mieli świadomość, że muszą wytworzyć świadomość narodową w zwykłych ludziach. Wtedy też pojawiły się hasła państwa jednonarodowego, a w oficjalnej narracji Turek stał się wrogiem. Oczywiście, był to potężny cios wymierzony w mniejszości. Obecność Osmanów, Bułgarów, Żydów na ulicach greckich miast stała się nagle dla niektórych poważnym problemem. Osobiście uważam, że kłamstwo ma krótkie nogi, a prawda prędzej czy później wychodzi na jaw. Grecja powinna umieć przyznać się do błędów, które popełniła w trakcie walk o niepodległość. Kiedy w 1821 roku Todoros Kolokotronis – jeden z głównych przywódców powstania greckiego, do dziś cieszący się sławą bohatera narodowego – wszedł do Tripoli, miasta położonego w centralnej części Peloponezu, nie zostawił przy życiu nawet jednego Osmana. To była rzeź, greckie oddziały zabijały nie tylko osmańskich cywili, lecz również Żydów. Rzeczywiście, po dziś dzień jest to w Grecji, jak pan to nazwał, temat tabu. Tymczasem jeśli coś się wydarzyło, nawet bardzo przykrego, powinniśmy mówić o tym otwarcie i nazywać rzeczy po imieniu.

Dziś w Arcie żyją jeszcze jacyś Żydzi?

Nie, po II wojnie światowej społeczności żydowskiej w Arcie nie udało się już odrodzić. Po miejscowej synagodze czy kirkucie też nie pozostał ślad. Marzy mi się, żeby w Grecji wprowadzić do szkół taki przedmiot jak „historia lokalna”. Żeby historyk zabrał uczniów na spacer po Arcie i pokazał: „Tutaj, gdzie teraz stoicie, znajdował się kiedyś cmentarz osmański. A w tym budynku – choć trudno to zauważyć, bo minaret został rozebrany – był meczet”. Na razie nie ma żadnych tablic informacyjnych, w podręcznikach rzadko się o tym wspomina. Jeśli ktoś nie dotrze na własną rękę do mniej znanych źródeł, nie spostrzeże tego wielokulturowego świata, który nieraz jest na wyciągnięcie ręki.

Jak właściwie należałoby zaklasyfikować Imaret? Główni bohaterowie są fikcyjni, natomiast realia epoki zostały odwzorowane z godną podziwu starannością. Jak sam pan wspomniał, wiele postaci pojawiających się na łamach książki jest historycznych. Nie jest to ani zwykła powieść przygodowa, ani klasyczna powieść historyczna… Do tego dochodzi oryginalna, pierwszoosobowa narracja, prowadzona na przemian przez Liondosa i Necipa.

Oczywiście, wiadomo, że ile osób, tyle punktów widzenia. Nawet w tej chwili – to, co widzę ja i to, co widzi pan, to, jak postrzegamy tę rozmowę, nie jest tym samym. Każdy z nas postrzega rzeczywistość w nieco inny sposób. Chciałem odtworzyć życie codzienne w dawnej Grecji w sposób realistyczny. Tylko sęk w tym, że cały ten „realizm” jest pojęciem szalenie względnym. Każdy, kto czyta Imaret nie może nawet na chwilę zapomnieć, że – siłą rzeczy – zapoznaje się tylko z moją wizją. Niczym więcej. Mimo to zależało mi, żeby próbować pokazać dziewiętnastowieczny świat takim, jakim był naprawdę. Tymczasem przenieść czytelnika do tamtej Arty to naprawdę trudne zadanie. Ludzka wyobraźnia pracuje coraz gorzej, od małego uczymy się suchych faktów. Wcale nie zależy nam na tym, żeby zrozumieć, jak świat wyglądał dawniej. Jeszcze raz powołam się na spotkania, które odbywam w szkołach. Często proszę uczniów, żeby opisali mi którąś z bitew greckiego powstania w 1821 roku. Oni zupełnie nie potrafią tego zrobić – chociaż dostają dobre oceny, bez problemu potrafią wskazać, co się wydarzyło w którym roku. Ale wtedy mówią mi: „No, po jednej stronie stali Grecy, po drugiej Turcy”. Wie pan, co się dzieje, kiedy drążę: „W porządku, ale tylko dwa wielkie oddziały wojsk naprzeciw siebie? A gdzie w takim razie znajdowali się lekarze? Skąd żołnierze czerpali wodę w czasie walki? Jak ci ludzie byli ubrani? Jaką nosili przy sobie broń?”. Zapada cisza. Właśnie po to piszę, żeby jakoś ożywić te puste slogany, których uczymy się w szkołach na pamięć.

Nie wiem, czy mogę o to pytać, ale… Pisze pan w tej chwili kolejną powieść?

Tak. Znów spędzam godziny w bibliotekach. Dużo podróżuję i rozmawiam z miejscowymi, wszystkie rozmowy nagrywam na dyktafon. To bardzo czasochłonna praca. Wszystko dlatego, że postawiłem sobie ambitny cel. Przygotowuję powieść, której akcja toczyć się będzie w ciągu czterdziestu pięciu lat: od roku 1915 do 1960. Ponadto chcę przenieść czytelnika w różne miejsca: przede wszystkim do Trabzonu na południowym wybrzeżu Morza Czarnego oraz abchaskiego Suchumi. Piszę o Grekach Pontyjskich. To społeczność, która zamieszkiwała południowo-wschodnie wybrzeże Morza Czarnego od czasów starożytnych. Przez stulecia wiedli spokojny żywot, nikomu nie przeszkadzali. Aż do 1923 roku, kiedy Elefterios Wenizelos porozumiał się z Atatürkiem w sprawie wymiany ludności. Tysiące Pontyjczyków nieoczekiwanie musiało opuścić ziemie zamieszkiwane od pokoleń i przeprowadzić się do Grecji – gdzie wcale nie byli witani przez swoich rodaków wylewnie. Z dnia na dzień stali się ludźmi wykorzenionymi, bez ojczyzny. Tych, którzy pozostali, spotkał jeszcze bardziej tragiczny los. Zamieszkali w Gruzji czy Kazachstanie Pontyjczycy byli w Związku Radzieckim przesiedlani, cierpieli prześladowania. Stalin starał się za wszelką cenę ich pozbyć. Dziś, jeśli pojechać do Trabzonu czy Samsunu można spotkać ostatnich przedstawicieli tej mniejszości. Nurtuje mnie pytanie, skąd się bierze w ludziach ta ślepa nienawiść wobec słabszego? Jak to możliwe, że jakieś plemię, lud, naród nagle ginie, po prostu znika z mapy świata.

Wspomniał pan o podróżach z dyktafonem… Polska od kilku lat przeżywa prawdziwy boom na reportaż. Powstało nawet kilka wydawnictw specjalizujących się w literaturze non-fiction. Czy ten gatunek cieszy się popularnością w Grecji? Czy byłby pan skłonny napisać tekst w oparciu o same fakty – na podstawie informacji wyszukanych w bibliotece, usłyszanych w rozmowach z ludźmi – nie dodając do tego żadnej fikcji?

Książki oparte wyłącznie na faktach? Nie, w Grecji nie jest to popularny gatunek. Wyjątek może stanowią niektóre biografie. Ja rzeczywiście często podczas pracy nad nową powieścią jeżdżę w różne miejsca i nagrywam rozmowy z ludźmi. Robię to jednak tylko po to, żeby się dowiedzieć, jak żyją, w jaki sposób spędzają czas. Pomaga mi to usystematyzować zebrane wiadomości, niczego później nie przekręcić ani nie pominąć ważnego szczegółu. Nie chciałbym chyba jednak wykorzystywać ich historii. Wolę tworzyć własne opowieści.

 Wykorzystany w rozmowie fragment powieści Daleko od Toledo Angela Wagensteina podałem w przekładzie Kamelii Minchevej-Gospodarek.

About Krzysztof Usakiewicz

Doktorant na Wydziale "Artes Liberales" UW. Uwielbia całe Bałkany, ale szczególnym sentymentem darzy Grecję i Bułgarię. Wolne chwilę poświęca wyprawom rowerowym (oczywiście, najchętniej po Bałkanach) oraz grze w scrabble.
KOMENTARZE