Home / Polityka / Miękkie lądowanie szefa serbskiej dyplomacji w ONZ

Miękkie lądowanie szefa serbskiej dyplomacji w ONZ

Autorka: Anna Kasprzak

Vuk Jeremić, minister spraw zagranicznych Serbii w rządzie Mirka Cvetkovicia, został wczoraj wybrany na Przewodniczącego 67. Sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. W jego wyborze nie byłoby nic zaskakującego gdyby nie dokonał się on w cieniu mało dyplomatycznej rywalizacji z Litwą.
Przedstawiciele Wilna już w 2004 roku oświadczyli na East River, że do roli przewodniczącego sesji 2012/2013, której pracami zgodnie z harmonogramem miał kierować reprezentant grupy wschodnioeuropejskiej, zgłaszają swojego obywatela – Daliusa Čekuolisa, byłego wiceministra spraw zagranicznych i ambasadora przy ONZ. Z uwagi na dotychczasową praktykę dyplomatyczną, brak sprzeciwu oraz innego zgłoszenia, litewski kandydat mógł być spokojny o przyszłą oenzetowską posadę, a jego wybór przez aklamację miał być tylko formalnością. Sytuacja uległa diametralnej zmianie gdy we wrześniu ubiegłego roku pojawiła się informacja, iż także Serbia zamierza zaproponować swojego kandydata na stanowisko przewodniczącego sesji ZO. Wiadomość ta wywołała zrozumiałe poruszenie w kręgach dyplomatycznych oraz szereg napięć na linii Belgrad-Wilno. Doprowadziła także do dawno niewidzianej w Nowym Jorku sytuacji, czyli wyboru stałych przedstawicieli w Zgromadzeniu Ogólnym między dwoma kandydaturami – ostatnie takie głosowanie miało miejsce w 1991 roku, w wyniku którego kandydat Arabii Saudyjskiej wygrał z reprezentantem Jemenu. Wczoraj na East River na serbskiego ministra oddano 99 głosów, Čekuolis zdobył ich 85.
Jeremić swą roczną kadencję rozpocznie we wrześniu. Stanowisko przewodniczącego sesji ZO jest bodaj jedną z najbardziej prestiżowych funkcji dyplomatycznych, choć pozbawioną prerogatyw decyzyjnych. Dla serbskiego ministra jest także swoistym „miękkim lądowaniem”. Jego dość napięte relacje z byłym prezydentem Borisem Tadiciem nie były dotąd w Belgradzie żadną tajemnicą. Choć sam Tadić nigdy otwarcie nie naciskał na zmiany na stanowisku ministra spraw zagranicznych, to już pod koniec kadencji rządu Cvetkovicia zdradzał znużenie stylem uprawiania polityki zagranicznej przez Jeremicia, która coraz bardziej charakteryzowała się nieuzasadnioną i niemerytoryczną butą oraz brakiem rozsądnej strategii w obliczu ważnych dla Serbii i regionu zmian międzynarodowych. Jasnym było, że jeśli po tegorocznych wyborach parlamentarnych Partia Demokratyczna Tadicia ponownie będzie tworzyć koalicję rządzącą i będzie mieć w niej głos decydujący, to na pewno nie będzie ona sygnowana twarzą Jeremicia. Dlatego też idea zgłoszenia jego kandydatury na przewodniczącego 67. sesji ZO satysfakcjonowała obie strony – Tadić wiedział, że ma szansę pozbyć się nie tylko z rządu, ale i z kraju niewygodnego polityka, a przy tym ogłosić sukces dyplomatyczny Serbii, natomiast Jeremić zyskiwał nadzieję na wspomniane, jakże prestiżowe, miękkie lądowanie.
Tłem rozwoju relacji Jeremić-Tadić w kontekście starań o zwycięstwo w Nowym Jorku stały się „dyplomatyczne rysy” na międzynarodowym wizerunku Serbii. Oprócz zgłoszenia serbskiego kandydata i rozpoczęcia rywalizacji z Litwą, kontrowersje budził także bezprecedensowy lobbing serbskiej dyplomacji. Belgrad wiedział, że po swojej stronie będzie mieć przynajmniej dwóch stałych członków Rady Bezpieczeństwa, czyli Rosję (ta przecież tak się lubuje w pociąganiu za sznurki swej serbskiej marionetki) i Chiny oraz wielu tradycyjnych partnerów z anachronicznego Ruchu Państw Niezaangażowanych. Jak się okazało, głosowanie nad nowym przewodniczącym ponownie ujawniło podziały w Unii Europejskiej, do której Serbia pretenduje i od „twardego jądra” której de facto zależą jej postępy w integracji, bo choć głosowanie było tajne, to źródła dyplomatyczne podają, iż przeciwni kandydaturze Jeremicia byli między innymi Belgia, Luksemburg, Holandia, państwa skandynawskie, ale i Niemcy. I to właśnie niemiecka dyplomacja była do tej pory największym krytykiem serbskich działań oraz lobbingu, nie ukrywając swojego rozczarowania posunięciami Belgradu. Berlin, w obecnym układzie polityczno-gospodarczym wewnątrz UE, a zwłaszcza po wyborach we Francji, jest realnym hegemonem europejskim (niezależnie od tego, czy takie lub inne jest życzenie szefa polskiej dyplomacji), który może i chce dyktować warunki oraz kreować dalsze rozszerzenia Unii.
Podziały, jakie wywołało zgłoszenie serbskiego kandydata i rozpoczęcie rywalizacji z Litwą, przyniosły wyraźne rysy na wizerunku Serbii i – paradoksalnie – mimo wygranej Jeremicia, zachwiały jej międzynarodową wiarygodnością oraz pogłębiły brak zaufania do jej dyplomacji. Co więcej, jak zauważa wczorajszy „The Economist”, „zwycięstwo Jeremicia większość członków grupy wschodnioeuropejskiej, ale i Amerykanie oraz duża część państw UE uważa za poniżenie ich przez Serbów i Rosjan”. Cena zdobycia przez Serbię posady przewodniczącego Zgromadzenia Ogólnego kosztem utraty reputacji i zaufania ważnych sojuszników jest tym samym zdecydowanie wygórowana w kontekście długoterminowej projekcji polityki, w tym polityki bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony, wydarzenia z ostatnich miesięcy na East River pokazują jak w soczewce obecny, globalny układ sił oraz geograficzne rozmieszczenie ośrodków decyzyjnych.

 

About Katarzyna Ingram

KOMENTARZE