Home / Baklava / Krótka historia bałkańskich uchodźców w Polsce
f15268206e89b41fb7e67970c94b68df

Krótka historia bałkańskich uchodźców w Polsce

Temat uchodźców wzbudza, chyba jak żaden inny w ostatnim czasie, tak wiele emocji w polskim dyskursie, zarówno medialnym, jak i potocznym. Na temat ten, chcąc nie chcąc, natrafiamy codziennie w stacjach informacyjnych, na wszelkich portalach społecznościowych, a nawet w kolejce do sklepowej kasy czy na spotkaniu w gronie przyjaciół. Sprawa przyjęcia bądź nieprzyjęcia kilku czy kilkunastu tysięcy osób do ponad trzydziestomilionowego społeczeństwa rozpaliła do czerwoności nie tylko „paski” na telewizyjnych ekranach, ale i emocje zwykłych Polaków, którzy być może nawet nie do końca orientują się, „o co chodzi” w konflikcie syryjskim czy z jakiego powodu ludzie uciekają z Erytrei.

Polska ma oczywiście nie tylko wiekową tradycję państwa wielokulturowego (w temacie wysuwanego często przez przeciwników przyjmowania uchodźców argumentu o tym, że muzułmanie rzekomo nie są zdolni do asymilacji, warto po raz kolejny przytoczyć przykład polskich Tatarów), ale i bogatą historię związaną z dawaniem schronienia uchodźcom, uciekającym przede wszystkim z powodu prześladowań na tle religijnym czy politycznym. W okresie Pierwszej Rzeczpospolitej znajdowali tu azyl Żydzi czy prześladowani przez inkwizycję wyznawcy różnych odłamów protestantyzmu. W okresie PRL-u napływały przede wszystkim grupy działaczy komunistycznych, którzy w swoich krajach czuli zagrożenie ze strony ówczesnych władz – o jednej z nich szerzej w dalszej części artykułu. Jedną z nowszych i zarazem większych fali uchodźców są – w statystykach figurujący jako obywatele Federacji Rosyjskiej – Czeczeni, licznie przybywający do Polski głównie w latach 90. Nie wolno zapominać także m.in. o Sudańczykach, Somalijczykach, Gruzinach, Ormianach, Białorusinach czy – przykład już zupełnie aktualny – Ukraińcach. W tym artykule chciałabym jednak prześledzić interesującą historię migracji bałkańskich w kierunku naszego kraju.

Zacznijmy jednak od podstawowej kwestii – kim jest uchodźca? Najlepiej w tym momencie, bez jakichkolwiek komentarzy, oprzeć się na definicji zawartej w prawie międzynarodowym. Ratyfikowana także przez Polskę Konwencja Genewska dotycząca statusu uchodźców z 28 lipca 1951 roku określa, że uchodźcą jest osoba, która „na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem z powodu swojej rasy, religii, narodowości, przynależności do określonej grupy społecznej lub z powodu przekonań politycznych przebywa poza granicami państwa, którego jest obywatelem, i nie może lub nie chce z powodu tych obaw korzystać z ochrony tego państwa, albo która nie ma żadnego obywatelstwa i znajdując się na skutek podobnych zdarzeń, poza państwem swojego dawnego stałego zamieszkania nie może lub nie chce z powodu tych obaw powrócić do tego państwa[1].

Dolny Śląsk jak żaden inny region w powojennej Polsce naznaczony jest historią migracji i „wędrówek ludów”. W związku ze zmianą granic, jaka dokonała się w 1945 roku, na „Ziemie Odzyskane” masowo zaczęli przesiedlać się przede wszystkim Polacy z innych regionów, a także ci zamieszkujący tereny, które już w jej granicach nie leżały. Jednak nie tylko. Bolesławiec, znany w świecie przede wszystkim dzięki zakładom ceramicznym, jest także miejscem, gdzie osiedliła się po wojnie reemigracja bośniacka. Grupa ta nie stanowiła uchodźców, w myśl powyższej definicji, jednak wspomnienie o niej uważam za istotne, gdyż jest ona po dziś dzień jednym z istotniejszych składników dolnośląskiej mieszanki kultur. Reemigranci z Bośni osiedlili się na terenie powiatu bolesławieckiego w latach 1946-1948. Ludzie przenosili się całymi wioskami (np. dotychczasowi mieszkańcy bośniackiego Kunova osiedlili się w miejscowości Czerna), wskutek czego liczba reemigrantów wynosiła około 15 tysięcy – była jedną z najliczniejszych w tamtym czasie. – Serbami nas nazywali, i teraz jeszcze, Serbami! No bo my między Serbami mieszkali… - wspomina śpiewaczka Feliksa Cierlik (dziś zamieszkała w powiecie lubańskim) w jednej z audycji Polskiego Radia.

Ich emigracja była całkowicie dobrowolna, niepodyktowana żadnymi niesprzyjającymi warunkami politycznymi w ówczesnej Jugosławii – stąd właśnie nie można ich nazwać uchodźcami. Przybyli do Polski byli przede wszystkim potomkami ludności, która osiedliła się w Bośni jeszcze w czasach Austro-Węgier (- Galicjanie! – tak Bośniacy i Serbowie mówili na dziadków Feliksy Ciurlik). Mieszkali oni głównie na północy Bośni, m.in. w rejonie miasta Doboj. Decyzję o reemigracji podjęto niemal jednogłośnie na zjeździe polonijnym w lipcu 1945 roku. We wspomnieniach Zofii Ciaciek – jednej z reemigrantek – znalazła się interesująca historia o pewnym Serbie, który miał przewidzieć powrót Polaków do swojego kraju: Na skraju Gumjery [jedna z miejscowości w Bośni zamieszkiwana przez Polaków – przyp. J.L.] niedaleko metalowego krzyża przy skarpie, stary Serb pasał kozy. Opowiadał polskim dzieciom różne historie. Mówił do nich: Wy przyjechaliście tutej, ale wrócicie tam, skąd przyjechaliście. Dzieci mówiły: Dziadku, gdzie my pojedziemy, jak tu jest nasz dom. Serb mówił dalej: Wyjedziecie jak przyjdzie czas. Tu byli tacy jak wy. Przyjechali i później odjechali[2]. Siedemdziesiąt lat później, w czerwcu 2015 roku w Bolesławcu po raz piętnasty odbył się Festiwal Kultury Południowosłowiańskiej, w tym roku symbolicznie nawiązujący do obchodzonego dnia 20 czerwca Światowego Dnia Uchodźcy. Lokalne władze wraz z instytucjami kultury zresztą dość czynnie starają się pielęgnować tę część wspólnej historii i tożsamości, organizując w samym Bolesławcu i okolicznych miejscowościach wiele imprez, wystaw czy innych wydarzeń, wplatając je w kontekst bośniacki, czy też szerzej – południowosłowiański.

Również po wojnie, również w dużej mierze na Dolnym Śląsku, pojawili się uchodźcy z Grecji i Macedonii. W ich przypadku wszystko zaczęło się w 1946 roku, kiedy to wybuchła wojna domowa pomiędzy wspieranymi przez część państw zachodnich zwolennikami monarchii a komunistyczną Demokratyczną Armią Grecji, której partyzanckie oddziały stacjonowały głównie w górzystej, północnej części kraju. Ostatecznie komuniści ponieśli klęskę. Skutkiem wojny stało się skupienie władzy w Grecji praktycznie wyłącznie w rękach wojskowych. Mimo oficjalnego zakończenia działań wojennych jednak w dalszym ciągu trwały mniej lub bardziej jawne prześladowania lewicowych działaczy, pojawiały się przypadki zabójstw.

Polska, jak i inne kraje znajdujące się w strefie wpływów ZSRR, nie mogła wprost popierać greckiej partyzantki, gdyż – mówiąc wprost – nie leżało to w interesie Wielkiego Brata, nie chcącego otwarcie angażować się w grecką wojnę. W tym samym konflikcie, po stronie komunistów walczyli też Macedończycy. Niekiedy kierowali się pobudkami ideowymi, niekiedy przyłączali się nęceni obietnicą utworzenia przez Greków autonomii dla mniejszości macedońskiej czy też przyznania im jakichkolwiek praw w ramach państwa greckiego[3]. W 1948 r., jeszcze przed ostatecznym zakończeniem wojny, nastąpiła, kierowana przez Komunistyczną Partię Grecji, akcja mająca na celu ewakuację do krajów bloku wschodniego 28 tysięcy dzieci, spośród których do Polski trafiło około 3200 z nich. Niedługo później, w dwóch kolejnych falach, przegrani w wojnie dołączyli do nich, szukając schronienia w komunistycznych państwach Europy. Anna Kurpiel podaje przy tym informację, że dość ciężko precyzyjnie określić, ile osób z ogólnej i ostatecznej liczby około 13 tysięcy uchodźców było Grekami, a ile Macedończykami. Wynikać to może z faktu, że ludzi tych traktowano, i w oficjalnych badaniach opisywano jako „ludność greko-macedońską”, bez specjalnego wdawania się w szczegóły, całkiem przecież istotne, o czym wie chyba każdy, kto interesuje się problematyką narodowościową na Bałkanach[4].

Dzisiejsi świadkowie historii, ludzie, którzy w jakikolwiek sposób pamiętają jeszcze czasy przed przybyciem do Polski, to coraz częściej już tylko właśnie owe dzieci, zarówno greckie, jak i macedońskie, które osiedlono tu 1948 roku. Początkowo trafiały głównie do państwowych ośrodków wychowawczych na Dolnym Śląsku (głównymi skupiskami ludności greckiej i macedońskiej stały się Wrocław i Zgorzelec). Przez ich ówczesnych nauczycieli i wychowawców opisywane były jako bardzo nieufne, przestraszone i nerwowe – psychicznie zranione[5]. Pomiędzy nimi zdarzały się konflikty: mali Macedończycy nie chcieli mieszkać z Grekami, i odwrotnie. Takie przemieszanie służyć miało prawdopodobnie lepszej integracji, jednak odnosiło skutek zupełnie odwrotny[6]. Wszyscy musieli także obowiązkowo uczyć się języka greckiego. Początkowo panowało przekonanie, że pobyt dzieci-uchodźców w Polsce jest tylko tymczasowy, spodziewano się rychłej wygranej komunistów. Po ich ostatecznej klęsce jednak stało się jasne, że dzieci nie będą mogły prędko wrócić do swoich domów. Ostatecznie uchodźców rozlokowano, oprócz Dolnego Śląska, także na Pomorzu Zachodnim i w Bieszczadach. Stopniowo zaczęto wdrażać proces asymilacji – dotyczący zarówno dorosłych, jak i dzieci. Czyniono to na różne sposoby – m.in. poprzez stopniowe odcinanie uchodźców od stałej pomocy finansowej czy chociażby powszechnego dostępu do stołówek, zostawiając ten przywilej tylko najbardziej potrzebującym i niezdolnym do pracy[7]. Oczywiście najłatwiej z asymilacją radziły sobie najmłodsze dzieci, które od początku dorastały w polskiej kulturze – to właśnie głównie one założyły w Polsce rodziny i do dziś tu mieszkają. Jednak część z uchodźców, głównie Macedończyków (rządy „czarnych pułkowników” w Grecji nadal nie sprzyjały uchodźcom politycznym w bezpiecznym powrocie do domów), wyjechała, korzystając z możliwości, jaką dał im zakończony w 1956 roku konflikt między Jugosławią a ZSRR. Wyjazd do Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii stał się szansą dla około 5 tysięcy osób, skuszonych przez jugosłowiańskie władze m.in. wyższymi zarobkami czy lepszymi niż w Polsce warunkami mieszkaniowymi[8]. Nie dla wszystkich uchodźców zatem Polska stała się drugą, wymarzoną ojczyzną.

Stosunkowo najmniej wiadomo o grupie uchodźców wojennych z lat 1991-1995. Sytuacja wydaje się być analogiczna, jak dziś w przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu czy północnej Afryki – byli Jugosłowianie także oczywiście masowo opuszczali swoje domy, ich całkowitą liczbę szacuje się nawet na kilkaset tysięcy. Dążyli jednak głównie do tego, aby dostać się do Europy Zachodniej – Niemiec, Skandynawii, Holandii itd. Ma to poniekąd uzasadnienie w fakcie, iż duża część z nich miała w tych krajach już osiadłe rodziny czy znajomych, wielu z nich bywało tam jako gastarbeiterzy, komunikowało się lepiej bądź gorzej w lokalnych językach. Na to, że tacy uchodźcy faktycznie do Polski trafiali, wskazują dane Urzędu ds. Cudzoziemców. Wynika z nich, że wniosek o pobyt stały, czyli de facto zalegalizowanie go, na terenie Rzeczpospolitej Polskiej w latach 1992-1997 złożyło 46 obywateli Macedonii, 55 obywateli Bośni i Hercegowiny, 64 obywateli Chorwacji, oraz najwięcej, bo 326 obywateli Serbii i Czarnogóry[9]. Łącznie w latach wojennych i tuż po niej wniosek o zezwolenie na pobyt stały złożyło łącznie niecałe 500 osób, co daje zdecydowanie najmniejszą liczbę ze wszystkich bałkańskich migracji w kierunku Polski. Wniosek nasuwa się sam – Polska w większości przypadków nie była nawet brana pod uwagę jako docelowy kraj zamieszkania mieszkańców rozpadającej się właśnie Jugosławii.

Najnowsza historia pokazuje, że Polska oficjalnie nie wzbraniała się przed przyjmowaniem uchodźców, jednak nigdy nie były to duże ilości ludzi[10]. Po 1989 nie była zresztą dla ludzi uciekających z Bałkanów nawet krajem zbyt atrakcyjnym. Z drugiej jednak strony, chociażby na przykładzie uchodźców macedońskich, można stwierdzić, że nawet w czasach PRL, kiedy klimat polityczny sprzyjał temu, aby pozostali oni w Polsce, władze nie potrafiły (bądź nie stanowiło to dla nich priorytetu) zapewnić im takich warunków bytowych, które zachęcałyby do dalszego zamieszkiwania w Polsce. Nie chciałabym w tym momencie jednak stawiać żadnej tezy, nie da udowodnić się tego (ani nie jest to w tym momencie moim celem), czy „historycznie” jesteśmy bardziej czy mniej skłonni przyjmować uciekających przed wojnami czy ludzi emigrujących z różnych stron „za chlebem”. Istotne zaś jest to, że ślady obecności bałkańskich uchodźców obecne są w polskiej kulturze do dzisiaj. Mamy choćby do dziś wielu cenionych muzyków czy naukowców pochodzenia greckiego, o znanych powszechnie nazwiskach. Ich przykłady pokazują, że – w ostatecznym rozrachunku – pochodzenie człowieka nie ma znaczenia, jeśli chodzi wniesienie wkładu do kultury, nauki czy gospodarki kraju, w którym przyszło mu mieszkać.

[1] Pełen tekst Konwencji dostępny jest m.in. na stronie internetowej Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR): http://www.unhcr-centraleurope.org/pl/pdf/materialy/konwencje/konwencja-dotyczaca-statusu-uchodzcow-z-1951-r/tekst-konwencji-z-1951-r.html (dostęp: 22.09.2015)

[2] http://polacy-w-bosni.pl/?historie-rodzinne-wspomnienia,29 (dostęp: 23.09.2015)

[3] A. Kurpiel, Macedońskie „dzieci-uchodźcy” z greckiej wojny domowej – zapomniani przybysze na Dolny Śląsk, http://www.pamieciprzyszlosc.pl/files/0003/1295/KW_pip_nr_9_s24.pdf (dostęp: 22.09.2015)

[4] Ibidem.

[5] Ibidem.

[6] Ibidem.

[7] http://biuletynmigracyjny.uw.edu.pl/dodatek-50-grudzien-2014/grecko-macedonska-odyseja-przez-polske (dostęp: 23.09.2015)

[8] Ibidem.

[9] Dane dostępne są na stronie internetowej Urzędu ds. Cudzoziemców: http://udsc.gov.pl (dostęp: 22.09.2015)

[10] Trzynaście tysięcy uchodźców „greko-macedońskich” to i tak liczba większa niż ta, o którą aktualnie trwa polityczny spór. Z drugiej jednak strony należy pamiętać, że początkowo ich pobyt utrzymywany był przed społeczeństwem w tajemnicy do tego stopnia, że – jak pisze Anna Kurpiel – osoby na co dzień stykające się z uchodźcami składały państwową przysięgę milczenia.

About Joanna Lewińska

Kilka lat temu rzuciła wszystko, by zostać etnologiem. Dziś jest absolwentką tego kierunku na Uniwersytecie Wrocławskim. Ma niebezpieczną obsesję na punkcie wszystkiego, co bałkańskie - od kuchni, przez film i muzykę, aż po podróże. Szczególnie mocno uzależniona od kultury serbskiej.
KOMENTARZE