Home / Bałkany / BiH / Pierwszy anty-Bośniak
Milorad-Dodik - balkaninside.com

Pierwszy anty-Bośniak

Milorad Dodik rządzi Republiką Serbską od ośmiu lat. Połowę tego okresu spędził w fotelu premiera, a drugą – prezydenta. Mówi prostym, bezkompromisowym językiem, a jego wypowiedzi często odbijają się głośnym echem w bałkańskich mediach. Czy to rzeczywiście nowy Miloszević albo – jak mówią inni – mały Putin?

Potrafi się obrazić, kiedy ktoś zapyta go, co słychać w Bośni. – To jak wyrwanie zdrowego zęba – mówi obrazowo. Jego ojczyzną jest bowiem Republika Serbska, a stolicą Banja Luka. Dlatego, jak podkreśla, nie jest żadnym bośniackim Serbem, tylko Serbem z Republiki Serbskiej. W dowodzie osobistym w rubryce „obywatelstwo” ma nawet wpisane „RS”, a nie „BiH”.

Hitem tegorocznego prima aprilis była fikcyjna wypowiedź Dodika, że będzie kibicował Bośni na mundialu w Brazylii. Prezydent Serbskiej słynie bowiem z tego, że – delikatnie mówiąc – nie przepada za bośniacką reprezentacją. – Nawet gdyby grała przeciwko Chorwacji, kibicowałbym Chorwatom – wyznał kiedyś. Wiadomo jednak, że największą pasją Dodika jest nie futbol, lecz koszykówka. To właśnie on jest faktycznym, choć nieoficjalnym, właścicielem Igokei Laktaszi – klubu z jego rodzinnego miasta, który niedawno sięgnął po kolejne mistrzostwo Bośni.

Zapewne zbiegiem okoliczności jest fakt, że sukcesy Igokei zaczęły się wraz z dojściem Dodika do władzy. Podobnie zresztą jak to, że w czasach, gdy był premierem, na koncie klubu wylądowało 255 tys. euro z rządowej kasy.

Dodik przypomina więc trochę Berlusconiego, który ma swój Milan. Zachodni dyplomaci widzą w nim jednak odbicie innych polityków. – Jest gorszy niż Łukaszenko – powiedział o nim kiedyś były już ambasador Holandii w Sarajewie. Główny powód to program polityczny Dodika, który można by streścić w jednym zdaniu: zwiększanie autonomii Republiki Serbskiej aż do pełnej niepodległości.

****

Trzeba jednak pamiętać, że do końca lat 90. Dodik był ulubieńcem Zachodu. Madeleine Albright, sekretarz stanu w administracji Clintona, określiła go nawet jako „powiew świeżego powietrza na Bałkanach”. Nic zresztą dziwnego – nie był umoczony w wojnę i popierał zmianę kursu z nacjonalistycznego na prozachodni.

Kiedy w 1999 roku Nikola Poplaszen, zatwardziały nacjonalista i ówczesny prezydent RS, usiłował odwołać Dodika ze stanowiska premiera, sam został odwołany przez Wysokiego Przedstawiciela ONZ.

Mniej niż dziesięć lat później sytuacja zmieniła się jednak diametralnie i to Dodik trafił na celownik Wysokiego Przedstawiciela jako bałkański wróg numer jeden. Powód: straszenie referendum niepodległościowym. – Jeśli mnie odwoła, doprowadzę Republikę Serbską do niepodległości. Założę organizację pozarządową, stanę na jej czele i zrobię to – odgrażał się. Ostatecznie pozostał na stanowisku.

Nie był to już jednak ten sam Dodik. W 1997 roku jego Sojusz Niezależnych Socjaldemokratów (SNSD) miał poparcie na poziomie niecałych 2,5 proc. i prawdopodobnie nie przetrwałby bez pomocy USA. W 2006 roku była to już najsilniejsza partia w RS z 43-proc. poparciem.

To właśnie konfrontacyjny wobec Zachodu styl uprawiania polityki doprowadził do takiego skoku popularności. Serbowie jako naród czują się bowiem przez tenże Zachód poniżani. Pamiętają sankcje gospodarcze, bombardowanie, Kosowo. Kiedy więc władze Serbii robią wszystko, by nie narazić się Brukseli czy Berlinowi (celem jest przecież członkostwo Serbii w Unii Europejskiej), Dodik bije tak, żeby zabolało. – Myślę, że to, co stało się na Krymie, to całe referendum, to dla nas dobry przykład – stwierdził ostatnio.

W 2012 roku SNSD zostało usunięte z Socjalistycznej Międzynarodówki z powodu oskarżeń o nacjonalizm i ekstremizm.

****

Dodik nie sili się na dyplomację, gdy wyraża swój stosunek do Bośni. – To dla nas łańcuch – mówi wprost. A z łańcucha, jak wiadomo, należy się wyzwolić. Tak jak chcą to zrobić Szkocja czy Katalonia, którym prezydent Republiki Serbskiej przygląda się z uwagą.

Głównym powodem, dla którego Dodik chce zerwać bośniacki łańcuch, jest całkowita niefunkcjonalność Bośni jako państwa. – Narody, które nie mogły żyć razem w Jugosławii, zostały zmuszone do życia razem w Bośni. To państwo na siłę, w którym wszyscy mają inne interesy – podsumowuje. Propaganda Dodika od zawsze przedstawia zresztą Republikę Serbską jako lepiej rozwiniętą i bogatszą część Bośni, która ponosi tylko straty z tytułu bycia we wspólnym państwie. Stąd pamiętne słowa, że niepodległa RS spełni unijne kryteria w pięć lat, a jako bośniacki entitet nie zrobi tego nawet przez trzydzieści.

Wszystkie wskaźniki ekonomiczne przemawiają co prawda na korzyść części chorwacko-muzułmańskiej, ale Dodik i tak wie swoje. – Bośnia się rozpada. Jedyne, co działa prawidłowo, to Republika Serbska.

Sondaże mówią, że niepodległości RS chce dwie trzecie jej mieszkańców. To może się wydawać niewiele, biorąc pod uwagę skalę propagandy, ale i tak by wystarczyło. Zresztą Dodik nie ma wątpliwości, że jeśli już dojdzie do referendum, „za” opowie się 90 proc. – Serbowie nigdy nie uznali Bośni za swój dom – argumentuje. Poza tym, skoro mogą istnieć dwa państwa albańskie, to nie ma przeszkód, dla których nie mogłyby dwa serbskie.

No właśnie – dwa. Niezwykle rzadko zdarza się bowiem, by Dodik mówił o połączeniu Republiki Serbskiej z Serbią. Wie, że taki scenariusz wyklucza sama Serbia, która tocząc beznadziejny bój o odzyskanie Kosowa, nie może sobie pozwolić na wspieranie żadnego separatyzmu. W zależności od humoru Dodik mówi więc raczej o pełnej samodzielności lub o możliwości związania się z Sarajewem na zasadach konfederacji. To ostatnie uważa zresztą za rozwiązanie optymalne. – Wtedy świat ma swoją Bośnię, a my mamy niepodległość – mówi. Najpierw jednak Boszniacy i Chorwaci muszą pokazać Serbom, że są oni w takiej wspólnocie mile widziani, a to nie będzie takie łatwe.

Zachód oczywiście nie pozwoli bośniackim Serbom na niepodległość, gdyż boi się, że tym samym tropem podążą tamtejsi Chorwaci. Z Bośni zostałoby wtedy małe muzułmańskie państewko w okolicach Sarajewa i to to zdaje się być największym problemem. – To byłaby europejska Palestyna i siedlisko terroryzmu – ocenia Stjepan Mesić, były prezydent Chorwacji.

Dodik uspokaja jednak: To, że Zachód nie pozwala dziś, nie znaczy, że nie pozwoli jutro.

****

Prezydent RS znany jest ze swojego żelaznego pragmatyzmu. Kiedy zaraz po wojnie zachodni dyplomaci zanudzali go patetycznymi opowieściami, jak to ważna jest demokracja i społeczeństwo obywatelskie, przerywał im w pół zdania i mówił: „Nam potrzebne są pieniądze!”.

Swoistym zderzeniem kultur była jego rozmowa z Carlosem Westendorpem, ówczesnym Wysokim Przedstawicielem ONZ, która wyglądała mniej więcej tak:

- Jak zdemokratyzować Republikę Serbską i zmniejszyć wpływy Karadżicia? – pyta Westendorp.

- Bardzo prosto. Plan jest taki: wysyłamy czołgi NATO i idziemy za nimi. Wchodzimy do miast, przejmujemy kontrolę nad policją i telewizją i gotowe!

- (po chwili osłupienia) Ależ jak to? A co z wyborami? Z demokratycznym przekazaniem władzy?

Było to w roku 1997. Zachód przeciągnął już na swoją stronę Biljanę Plavszić, ówczesną prezydent Republiki Serbskiej, która odwróciła się od Karadżicia i dokonała rozłamu w Serbskiej Partii Demokratycznej (SDS), a następnie rozwiązała parlament i rozpisała nowe wybory. Efekt tego był dla Zachodu zadowalający, gdyż SDS, mimo wyborczego zwycięstwa, utraciła samodzielną większość i nie była w stanie stworzyć rządu nawet w koalicji z Radykałami (inne partie odmówiły poparcia).

Tu do akcji wkracza Dodik, lider SNSD, najmniejszej partii w tamtym parlamencie. – Do większości potrzeba 42 mandatów. SDS i Radykałowie mieli łącznie 39 i nie udało im się zdobyć trzech głosów. Ja miałem dwa i udało mi się zdobyć czterdzieści! – wspomina z dumą.

Polityczni przeciwnicy nie zapomnieli mu jednak jednego. Przed głosowaniem jego kandydatury, które swoją drogą odbyło się pod nieobecność SDS i Radykałów, na sali brakowało posłów. Aby więc możliwe było uzyskanie kworum i wybór Dodika na premiera, nieobecnych polityków (głównie Boszniaków) dowieziono pod parlament wozami pancernymi i helikopterami sił pokojowych NATO (SFOR). Stąd często powtarzany zarzut, że Dodik doszedł do władzy na natowskich czołgach.

Pierwsza kadencja Dodika jako premiera trwała od stycznia 1998 do stycznia 2001.

****

Niektóre jego wypowiedzi sprawiły, że dorobił się u Boszniaków łatki islamofoba. Jeden z najbardziej znanych przykładów: „Nie do przyjęcia jest, by w sprawach Republiki Serbskiej orzekali sędziowie muzułmanie. Są do nas negatywnie nastawieni i odrzucają nasze uzasadnione skargi”.

Sam Dodik niespecjalnie się tym przejmuje. Twierdzi, że do islamu nic nie ma, a sprzeciwia się jedynie wykorzystywaniu go w celach politycznych, tak jak to się dzieje w Bośni. – W książce Aliji Izetbegovicia „Islamska deklaracja” jest napisane, że Boszniacy muszą być cierpliwi, a kiedy w końcu osiągną większość, zaprowadzą szariat – wyjaśnia.

Dodik wie już nawet, w jaki sposób ma się zrealizować wizja Izetbegovicia. – Istnieje plan, by skolonizować Bośnię pół milionem Arabów i tym samym zmienić jej strukturę etniczną. Sam tylko Kuwejt opłaca 30 tys. mieszkań w Sarajewie, w których zmieści się 100 tys. ludzi – mówi. Kto ma stać za tym chytrym planem? Oczywiście syn Izetbegovicia – Bakir, który dziś jest wpływowym politykiem (zasiada w trzyosobowym prezydium Bośni).

W Bośni nie istnieje jednolita polityka zagraniczna. Każdy naród prowadzi ją na własną rękę i gdzie indziej lokuje swoje sympatie. Tradycyjnym przyjacielem Serbów jest więc Rosja, Boszniaków zaś – Turcja. Bakir Izetbegović powiedział nawet o premierze tego kraju Recepie Erdoganie, że jest liderem wszystkich muzułmanów, w tym dwóch milionów Boszniaków.

Samo zapatrzenie Boszniaków w Turcję Dodikowi nie przeszkadza. Uważa jednak, że Ankara za bardzo miesza się w wewnętrzne sprawy Bośni. Potwierdzać to ma chociażby niedawna rzekoma wypowiedź Erdogana, że „kto podniesie rękę na Boszniaków, ten będzie miał przeciwko sobie 100 milionów Turków”. To jednak tylko dostarcza Dodikowi amunicji. Mówi mniej więcej tak: chcą nas zastraszyć, żebyśmy siedzieli cicho, kiedy będą likwidować RS i przekształcać Bośnię w państwo muzułmańskie. Tylko ja mogę uratować Republikę Serbską, a ci, którzy popierają linię Sarajewa, to zdrajcy.

Dodik wie jednak, że najłatwiej odegrać się na Boszniakach, ostentacyjnie popierając politykę Izraela (Boszniacy na ogół sympatyzują z Palestyńczykami). W 2011 roku nie dopuścił więc do tego, by Bośnia głosowała za członkostwem Palestyny w ONZ. Niedawno natomiast poparł operację wojskową Izraela w Strefie Gazy. – To pokazuje, co czeka muzułmanów w Republice Serbskiej, jeśli Dodik zdobędzie jakąś moc – komentuje jeden z boszniackich polityków.

Stosunki z Boszniakami zaogniają też wypowiedzi Dodika na temat Srebrenicy oraz Radovana Karadżicia i Ratka Mladicia.

****

Przede wszystkim Dodik protestuje przeciwko nazywaniu Republiki Serbskiej „dziełem ludobójstwa w Srebrenicy”. – [RS] To dzieło serbskiego narodu, a za Srebrenicę odpowiadają jednostki – mówi. Nie neguje, że w Srebrenicy doszło do „wielkiej zbrodni”, ale odrzuca termin „ludobójstwo”. – Nie będę tego tak nazywał tylko dlatego, że tak chce Bakir Izetbegović albo ktoś tam z zagranicy.

Boszniakom wypomina za to Sarajewo. Przed wojną mieszkało tam ponad 150 tys. Serbów, a dzisiaj zaledwie 10 tys. – To też forma ludobójstwa. Ludobójstwo to bowiem nie tylko mordowanie, ale też systemowe wysiedlanie – mówi. Sarajewo uważa zresztą co najwyżej za siedzibę organów państwowych, ale na pewno nie za stolicę. – Stolica powinna być odbiciem kraju, a Sarajewo nim nie jest, bo 96 proc. jego mieszkańców to Boszniacy. Dla Boszniaków może więc to być stolica, ale dla mnie jest nią Banja Luka.

Srebrenica to największa świętość Boszniaków. Za twierdzenie, że nie była ona ludobójstwem, w części chorwacko-muzułmańskiej można trafić nawet do więzienia. Dodik ani myśli jednak kajać się za Srebrenicę. Były prezydent Serbii Boris Tadić już to zrobił, więc teraz czas, by inni przeprosili za krzywdy wyrządzone Serbom. W pierwszej kolejności Boszniacy, którzy kreują się na jedyną ofiarę wojny, choć przecież swoje za uszami mają. – Sam haski trybunał przyznał, że tylko śmierć uchroniła Aliję Izetbegovicia przed wymiarem sprawiedliwości – podkreśla. Zmarły w 2003 roku Izetbegović to zdaniem Dodika główny winowajca wybuchu wojny. Bo wbrew woli bośniackich Serbów przeprowadził referendum niepodległościowe.

Dzień tamtego referendum, 1 marca 1992 roku, Boszniacy chcą dziś przeforsować jako ogólnopaństwowe święto niepodległości. Na to oczywiście nie ma zgody w Republice Serbskiej. – Ta data symbolizuje początek terroru nad Serbami w Bośni – mówi Dodik. Każdego 9 stycznia RS obchodzi za to Dzień Republiki. Tego bowiem dnia, również w roku 1992, serbski parlament w Bośni proklamował powstanie Republiki Serbskiej. – U Boszniaków i Chorwatów ta data budzi skrajnie negatywne emocje – odpowiada z kolei Bakir Izetbegović.

Warto przypomnieć, że przez całą wojnę Dodik był w opozycji do Karadżicia. Zasłynął głównie tym, że jako jedyny parlamentarzysta w RS głosował w 1993 roku za przyjęciem planu pokojowego Vance’a-Owena. To zresztą gigantyczny paradoks: Dodik, który dziś pozuje na największego patriotę, poparł plan, zgodnie z którym Republika Serbska w ogóle by nie istniała i który bośniaccy Serbowie odrzucili w referendum większością 96 proc.

Dziś już jednak Dodik idzie z prądem. Kiedy na procesie Karadżicia w Hadze sędzia przypomniał mu jego słowa z 2001 roku, w których sam oskarżał byłego prezydenta o udział w zbrodniach, odpowiedział: To było polityczne przemówienie i nie musiało być oparte na faktach.

Nic zresztą dziwnego, bo badanie OBWE z 2012 roku pokazuje, że większość Serbów nadal uważa Karadżicia i Mladicia za bohaterów. Dodik nie zamierza więc narażać się swoim rodakom i wypowiada się o nich w podobnym tonie. – Historia tak chciała, że to oni stali na czele ruchu, który walczył o wolność Serbów. Pewnego dnia odwdzięczymy im się za to – mówi. Serbowie się cieszą, Boszniacy zaciskają zęby z wściekłości.

****

Działacze opozycji mają już dość słuchania, jak to Dodik przywraca bośniackim Serbom godność. Ich zdaniem jego polityka przynosi dokładnie odwrotne skutki. Przypominają: tylko za pierwszej kadencji Dodika Republika Serbska wycofała jugosłowiańskiego dinara jako swoją walutę i utraciła Brczko, które stało się neutralną częścią Bośni.

To wszystko prawda, jednak – jak już zostało powiedziane – tamtego Dodika nie sposób nawet porównać z obecnym. Dziś to najpopularniejszy polityk w RS i główny faworyt w tegorocznym wyścigu prezydenckim. Z pomysłu referendum nie rezygnuje. Odbędzie się ono w stosownym czasie, „by nie powodować destabilizacji i chaosu”. W 2012 roku zapewniał agencję informacyjną Tanjug, że jeśli zechce ogłosić niepodległość, to wystarczy mu do tego kwadrans.

About Przemysław R. Kawalec

KOMENTARZE