Home / Bałkany / Albania / Po co komu demonstracja (cz. 2). Zwycięstwo przez samozniszczenie

Po co komu demonstracja (cz. 2). Zwycięstwo przez samozniszczenie

Autorka: Marta Kołczyńska

 

Kolejny piątek minął w Tiranie pod znakiem demonstracji opozycji, zamkniętych dla ruchu ulic, kordonów policji, tłumów lokalnych i zagranicznych dziennikarzy. Tym razem było jednak spokojnie. Pochód członków i sympatyków opozycji przeszedł w milczącym marszu Bulwarem Bohaterów Narodu w pobliże siedziby premiera, gdzie tydzień wcześniej doszło do starć protestujących z Gwardią Narodową, w których zginęły trzy osoby, a ponad sto zostało rannych. Albańczycy odetchnęli z ulgą.

W ciągu ostatnich dni atmosfera była jednak bardzo napięta, a sytuację podgrzewały wypowiedzi liderów głównych sił politycznych. Przewodniczący Socjalistów Edi Rama obarczał premiera Saliego Berishę winą za śmierć trzech demonstrantów i stosowanie rozwiązań siłowych w celu utrzymania się u władzy. Berisha z kolei nazwał wydarzenia z 21 stycznia próbą zamachu stanu i puczem. Jeszcze we wtorek twierdził, że „pucz trwa nadal”, a jego uczestnikami mają być również policja i prokuratura. Ta ostatnia naraziła się premierowi, wydając nakaz aresztowania sześciu funkcjonariuszy ochraniającej rząd Gwardii Narodowej podejrzanych o oddanie strzałów w stronę protestujących. Zapewnienia Berishy, że wojsko pozostanie w koszarach i odpowie siłą jedynie w wypadku bezpośredniego ataku, również nie przyczyniły się do uspokojenia nastrojów: przez niektórych zostały odebrane jako groźba.

Organizacje międzynarodowe i ambasada Stanów Zjednoczonych apelowały o zachowanie spokoju i odwołanie zaplanowanego na piątek protestu Socjalistów oraz sobotniego „mitingu pokoju” Partii Demokratycznej. Ostatecznie Berisha odwołał sobotnią imprezę – jak mówią lokalni obserwatorzy – pod wpływem jednoznacznej „sugestii” z Waszyngtonu. Rama od swoich planów nie odstąpił, zapewniając wielokrotnie, że demonstracja będzie miała charakter pokojowy, a jej celem jest jedynie uczczenie pamięci zmarłych i ponowne wyrażenie protestu wobec działań rządu. Mimo to ambasady – w tym polska – zaapelowały do swoich obywateli przebywających w Tiranie o omijanie centrum miasta, tym bardziej, że policja oświadczyła w czwartek, że nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa uczestnikom protestu. Ambasada USA była na wszelki wypadek zamknięta.

Chłodna analiza faktów nie dawała w zasadzie powodów do niepokoju, ponieważ w wypadku kolejnych incydentów, Berisha ryzykowałby utratę poparcia Stanów Zjednoczonych oraz instytucji międzynarodowych. Rama natomiast musiałby liczyć się ze znacznym spadkiem popularności na kilka miesięcy przed wiosennymi wyborami lokalnymi. Obawy jednak pozostały, gdyż znając temperament obu polityków i ich styl sprawowania władzy, mogło się zdarzyć, że emocje wezmą górę nad kalkulacją. Albańczycy mają też nadal świeżo w pamięci zamieszki, anarchię i chaos z lat 1997-1998 i właśnie te wydarzenia przywoływali najczęściej w odpowiedzi na pytanie, czego się boją.

Pochód wyruszył o godzinie czternastej z głównego placu miasta, imienia Skanderbega. Na jego czele szli przywódcy Socjalistów oraz członkowie rodzin ofiar, niosąc zdjęcia, wieńce i świece, a za nimi tysiące ludzi z czarno-czerwonymi opaskami na ramieniu. Wszystko przy akompaniamencie „Arii na strunie G” Bacha. Budynek premiera otaczały kordony policji i oddziały specjalne, zaś porządku i organizacji samego pochodu strzegli członkowie i sympatycy Partii Socjalistycznej. Uczestnicy przemaszerowali i rozeszli się lub rozjechali do domów. Na ulicy pozostały zaś wieńce, kwiaty, świece i zdjęcia ofiar zeszłotygodniowej, fatalnej demonstracji.

W sobotnim oświadczeniu Partia Socjalistyczna podziękowała obywatelom za udział w pochodzie, który „stanowi najlepszy sygnał, jaki Albańczycy mogli wysłać zaniepokojonemu sytuacją w kraju światu”. Z zagranicznych komentarzy i oświadczeń wynika jednak, mleko już się rozlało, a pokojowy charakter ostatniego protestu nie tyle przyczyni się do odbudowania wizerunku Albanii, co nie spowoduje jego dalszego pogorszenia. Coraz częściej podaje się w wątpliwość perspektywę integracji europejskiej tego kraju. Pojawiły się nawet opinie, że Albańczycy mogliby utracić uzyskany warunkowo w grudniu przywilej podróżowania bez wiz do państw strefy Shengen. W artykule opublikowanym w „New York Times” Daniel Korski przypomina, że od czasu obalenia reżimu komunistycznego żadne wybory w Albanii nie spełniały międzynarodowych standardów, a każdy kolejny raport OBWE odnotowuje jedynie „pewną poprawę” oraz wylicza mnóstwo zastrzeżeń. Dziewięćdziesiąte piąte miejsce Albanii w rankingu Transparency International 2009 Corruption Perceptions Index było możliwe dzięki zbiorowemu wysiłkowi całej klasy politycznej, pisze Korski, i dodaje, że przestrzeganie wolności mediów również pozostawia wiele do życzenia.

Chwilowe niebezpieczeństwo przeniesienia konfliktu na ulice zostało zażegnane. Kluczowe jest jednak teraz pytanie „co dalej”. Mimo licznych apeli organizacji międzynarodowych o kompromis i współpracę sił politycznych w celu rozwiązania kryzysu, oraz propozycji mediacji, jakikolwiek dialog między Berishą i Ramą wydaje się mało prawdopodobny. Berisha wprost deklaruje, że dialog z puczystami jest wykluczony. Nadal nie uznaje też wydanych przez prokuraturę nakazów aresztowania gwardzistów, którzy nie opuszczają pozostającej poza jurysdykcją policji siedziby premiera. W parlamencie powołano komisję śledczą do zbadania przebiegu demonstracji z 21 stycznia, jednak Socjaliści odmówili udziału w jej pracach. W sobotę komisja orzekła, że funkcjonariusze Gwardii Narodowej nie są winni. Rama z kolei powtarza oskarżenia o nadużywanie władzy, wprowadzenie autorytarnego reżimu i apeluje o dymisję rządu oraz przedterminowe wybory.

Wszystko wskazuje na to, że nic się nie zmieni, a Albania będzie dryfowała od kryzysu do kryzysu, od demonstracji do demonstracji. Obywatele – zdegustowani polityką i politykami – będą jeszcze bardziej obojętni i coraz bardziej bezradni wobec toczących się politycznych przepychanek. O ile nie nastąpi jakiś punkt zwrotny, dzięki któremu międzynarodowi decydenci zainteresują się tym krajem.

 

Tekst ukazał się również w „Kultura Liberalna” nr 108 (5/2011) z 1 lutego 2011 r.

About Marta Kolczynska

KOMENTARZE