Home / Baklava / Riders of BiH
Riders of BiH

Riders of BiH

„Wszystko wyszło przypadkowo – zacząłem otwierać własne studio, testowałem światła. Nie wiedziałem, co zrobić, żeby uzyskać większy kontrast, więc sam ubrałem spodnie od snowboardu i białą koszulę, aby stworzyć jak największy kontrast do czarnego tła. Zrobiliśmy parę zdjęć. Stwierdziłem, że to fajnie wygląda. Nawiązała się rozmowa i nagle zrodził się pomysł zrobienia portretów wszystkich znajomych snowboardzistów właśnie w takiej kombinacji” – rozmowa z Arturem Krzykowiakiem, autorem projektu Riders of BiH. 

Jak to się stało, że…

Jak to się stało, że ja tu w ogóle jestem?  Przypadkiem. Wiesz, ludzi przyjeżdżają, bo kochają Bałkany, język, kulturę, ludzi, literaturę, po prostu – fascynują się tym regionem. Ja natomiast świetnie sobie egzystowałem w Londynie i nie miałem najmniejszego zamiaru wyjeżdżać do Sarajewa. O samym mieście wiedziałam tyle, co większość ludzi w Polsce, czyli że była tam kiedyś wojna i że jest to jakiś tam kraj daleko od nas. Jeździmy do Chorwacji, dalej raczej nie. W moim przypadku było tak samo. Pewnego pięknego dnia, gdy szukałem pomysłu, co by zrobić, żeby zmienić Londyn na coś innego, nowego, wśród znajomych rozpowszechniłem wiadomość,  że szukam pracy i zadzwonił mój – powiedzmy – były pracodawca. Powiedział, że ma koncept otworzenia filii w i potrzebuje kogoś, kto prowadziłby tę firmę. Zapytał, czy nie chciałbym wyjechać na 6-miesięczny kontrakt, założyć firmę, komórkę produkcyjną, zajmującą się retuszem fotografii.  Powiedziałem: „Świetnie”, ale nie wiedziałem, gdzie ta filia miałaby powstać. Powiedział, że nie w Londynie. Zapytałem, czy w Southampton albo Birmingham. Usłyszałem: „W Sarajewie”. Zgodziłem się, zacząłem czytać dużo więcej o Bałkanach. Wszystko to z chęci zmiany Londynu, który ciągle biegnie i się spieszy, na coś innego.  Przyjechałem z zerową ilością oczekiwań na temat tego, czym Sarajewo jest. To, co było w gazetach, prasie, internecie na temat tego miejsca, w ogóle się nie potwierdziło. Było 10 razy lepiej i do dzisiaj jestem zaskakiwany małymi rzeczami. Spodobało mi się na tyle, że jestem tu już dwa lata. Dokładnie 21 maja. Kontrakt mam przedłużony do końca listopada, zobaczymy, co będzie dalej. Myślę, że miejsce zamieszkania zmieniłbym nie dlatego, że coś jest nie tak z Sarajewem, ale po prostu potrzebuję zmiany, kolejnego ruchu. Tak więc na Bałkany trafiłem z przypadku, nie z miłości, a skończyło się na tym, ze zacząłem mówić po bośniacku, spotkałem mnóstwo świetnych ludzi. Poznałem tę kulturę, zrozumiałem, o co chodziło w tym konflikcie tak naprawdę. Zacząłem się rozwijać 4 razy bardziej kreatywnie, jeśli chodzi o moją fotografię. Okazało się, że tutejszy rynek jest słabo rozwinięty, że warto i można robić dużo. Mam na to czas, nie tracę go na dojeżdżanie metrem. Nagle okazało się, że mam mnóstwo wolnego czasu, mimo że często pracuję więcej i ciężej niż w Londynie.

Sarajewo, fot. A.Krzykowiak

Jeśli już jesteśmy przy rynku, to jak on się obecnie kształtuje? Jak wygląda chociażby rynek fotograficzny, jak prosperują firmy zajmujące się fotografią czy szeroko pojętą grafiką?

Tutaj? W ogóle nie wygląda. Nasza firma zatrudnia w tym momencie ok. 20 Bośniaków, których wyszkoliliśmy i przystosowaliśmy, by robili to, czego od nich oczekujemy, natomiast ludzi, których my potrzebujemy, nie ma. Brakuje osób, które zajmują się stricte retuszem. Rynek fotograficzny jest dość mały i zamknięty. My nie skupiamy się na bośniackim rynku, mamy klientów ze Stanów i Wielkiej Brytanii. Istnieją tu jednakże potencjał, firmy, z którymi można by współpracować. Niedawno zaczęła z nami współpracować Vanja Lisac. Jest jednym z bardziej znanych bośniackich fotografów. Pracuje jako nasz pracownik, a nie fotograf, dla którego wykonujemy usługę. Wnosi swój wkład w rozwój naszej firmy, jest pomostem między rozumieniem bośniackiej mentalności a moim zachodnim pojęciem biznesu, szczególnie w odniesieniu do pojęcia „deadline”. Rynek jest w powijakach. Okazuje się – Vanja też to potwierdziła – że osoba, która chce coś zrobić tutaj i aktywnie coś wykonuje, to do czegoś dochodzi. Ona przyjechała tutaj ze Stanów, nie miała nic, mieszkała tam też 8 lat. Wróciła do Bośni, bo jest stąd i stwierdziła, że będzie robić zdjęcia i robi je, robi je dobrze. Nagle okazało się, że dostaje dużo zleceń. Ma to „zachodnie” podejście i to jej pomogło.

Od ilu lat sam zajmujesz się fotografią?

Jest to moja pasja od 17 roku życia, tak więc 13-14 lat temu po raz pierwszy dotknąłem aparatu. Stało się to moim zawodem, kiedy skończyłem 20 lat, czyli tak naprawdę 10 lat zajmuję się tą dziedziną jako źródłem zarobkowym. Można powiedzieć, że w branży pracuję 11 lat.

Skąd pomysł na projekt „RoBiH”? Z reguły osoby przyjeżdżające do Bośni fotografują albo krajobrazy, albo wszelkie ślady po wojnie, od dziur po kulach po tablice „Uwaga! Miny!”. Ty wpadłeś jednakże na dość innowacyjny koncept.

Wśród moich prac również znajdziesz zdjęcia dziur po kulach i zniszczeń. Osobiście zafascynowałem się tutaj snowboardem, zawsze chciałem spróbować, a nigdy nie miałem okazji. Nagle okazało się, że mamy dwie piękne góry: Jahorinę i Bjelašnicę, pół godziny od domu. Nic więc dziwnego, że ze względu na moją pasję i bliskość gór zacząłem jeździć na snowboardzie. Poznałem fantastycznych ludzi, którzy nauczyli mnie dobrze jeździć, miałem możliwość szybkiej nauki z osobami, które są instruktorami, reprezentują Bośnię w zawodach. Zacząłem się obracać w tym kręgu i przez jednego-dwóch chłopaków poznałem wszystkich tutejszych boarderów i narciarzy. Pewnego razu rozmawialiśmy o tym, jak ubierają się ludzie na stoku. Co było dla mnie szokujące, brak pieniędzy jest powszechny, a stoku widzi się ubrania, których koszt przerasta średnią pensję. Dziwiło mnie, skąd ta rewia mody, skąd pieniądze na tak drogi sprzęt, skoro ludzie często nie mają nawet pracy.

Wszystko wyszło przypadkowo – zacząłem otwierać własne studio, testowałem światła. Nie wiedziałem, co zrobić, żeby uzyskać większy kontrast, więc sam ubrałem spodnie od snowboardu i białą koszulę, aby stworzyć jak największy kontrast do czarnego tła. Zrobiliśmy parę zdjęć. Stwierdziłem, że to fajnie wygląda. Nawiązała się rozmowa i nagle zrodził się pomysł zrobienia portretów wszystkich znajomych snowboardzistów właśnie w takiej kombinacji: biała koszula, krawat i dół od snowboardu. Chciałem zaprezentować te dwie natury. Problem polegał na tym, że część z nich nie miała krawatu, a kilka osób nie posiadało też białej koszuli – musieliśmy je pokątnie organizować. Wszystkim pomysł się spodobał, parę osób się nawet obraziło, że nie wzięło udziału w projekcie. Proces powstawania tego projektu przyspieszył festiwal we Wrocławiu. Poszukiwano Polaka, który pracuje w Bośni i robi coś artystycznego. Chodziło o coś związanego bardziej z designem, natomiast ja się tym na co dzień nie zajmuję, choć mimo wszystko projekt się niejako z tym pokrywa. Mój koncept spodobał się organizatorom, zatwierdzili go. Dogadaliśmy się, a projekt ruszył pełną parą.

Jak został odebrany przez odwiedzających wystawę „Aktywni i Kreatywni – Polacy w Europie”?

Myślę, że bardzo dobrze. Ludziom podobał się pomysł pokazania snowboardzistów w inny sposób. Cały koncept tej wystawy polegał na zebraniu Polaków w grupie Aktywni i Kreatywni wymyślonej przez organizację OpenMind. Aktywni i Kreatywni próbują zebrać Polaków, którzy pracują za granicą i są związani zarówno z designem, jak i z Polską. To Polacy, którzy mieszkają za granicą, urodzili się za granicą bądź wyemigrowali. Zebranie tych kilkunastu osób i wymiana pomysłów było najciekawszym doświadczeniem. Większość wypowiedziała się pozytywnie o mojej wystawie, łącznie z panem Markiem Radke, znanym artystą pracującym w Niemczech, którego miałem okazję poznać i z którym mam nadzieję na ewentualną współpracę nad innymi projektami. Wystawa moich prac odbiegała trochę tematycznie od założenia festiwalu, jednakże było za mało czasu, żeby ją ściślej połączyć z designem. Gdybym miał go więcej  pokazałbym inne prace, ale może tak miało być. Na Międzynarodowym Festiwalu Dobrych Projektów WrocLOVE Design pokazano trochę fotografii, trochę designu, trochę plakatu, biżuterii, etc. To był bardzo szeroko rozumiany design. Sądzę, że festiwal musi ewoluować, aby można było zaprezentować jeszcze ciekawsze rzeczy. „Kontynuacją” festiwalu będzie wystawa moich prac w Sarajewie, dopracowuję właśnie szczegóły ze znajomymi. Tak więc z Wrocławia do Sarajewa, a z Sarajewa być może do Niemiec, nie zostało to jednak jeszcze potwierdzone.

Była to Twoja pierwsza wystawa czy miałeś już jakieś doświadczenia tego typu?

Nigdy w życiu nic swojego nie pokazywałem publicznie, więc to było ogromne doświadczenie. Festiwal był dość dużym wydarzeniem, obecna była telewizja, minister kultury. Był to więc duży krok tak „na dzień dobry”. Ciekawie było pokazać się w Polsce po tylu latach na emigracji. Wystawa dała mi ogromną satysfakcję, która będzie tym większa, jeśli uda mi się ją powtórzyć jako indywidualną wystawę w Sarajewie.

Czy masz już kolejne pomysły na projekty? Widziałam, że zacząłeś się zajmować time-lapsem przedstawiającym Sarajewo.

Time-lapse jak najbardziej do zrealizowania w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Cała ta wystawa będzie również przerobiona na bardziej designerskie rzeczy a la plakaty, dwa zdjęcia są już na moim FB. Strona internetowa zostanie wkrótce uruchomiona, na niej też zostanie wszystko zamieszczone. Myślę, że z portretami będziemy trochę dalej wędrować. Zimą może wrócimy do pomysłu zorganizowania imprezy na otwarcie sezonu, zaproszenia jakichś sponsorów i pociągnięcia tego dalej.

Czy mógłbyś przybliżyć sylwetki osób, które brały udział w projekcie? Kim są, czym się zajmują? Jak to w ogóle wygląda?

Największą pomocą okazał się być Mirza Pirić, mój przyjaciel, narciarz, który zajmuje się organizacją imprez. Organizował m.in. Madstyle Games w 2011 roku. Przed CH BBI postawiono rampę, przywieziono śnieg, a ludzie skakali na snowboardzie. Drugi kolega, który też jest na tych zdjęciach, Nikola Neda, jest byłym reprezentantem Bośni. Dzięki nim zdobyłem namiary na pozostałych, w tym reprezentantów Bośni w snowboardzie Farisa Biogradlicia i Harisa Buricia. Są to więc po części zapaleńcy, którzy próbują wypromować ten sport, a po części ludzie, którzy się tym po prostu pasjonują i zawsze są na stoku.  Jeśli jeździsz na snowboardzie i poznasz jedną z tych osób, to wkrótce poznasz ich wszystkich, są jak jedna wspaniała rodzina, która trzyma się razem.

Sarajewo, fot. A. Kryzkowiak

Skoro jesteśmy już przy sportach zimowych, jak w Bośni wygląda turystyka zimowa? Jak wygląda zaplecze? Czy mógłbyś ją bez wahania zareklamować, tj. czy przyjeżdżasz i dostajesz wszystko, czego oczekujesz? Czy spełnione są określone standardy?

Jak najbardziej. Według mnie, stoki dla średnio-zaawansowanych narciarzy są super, dla bardziej zaawansowanych mogą być troszeczkę za małe, bo jednak nie są to najwyższe góry, ale myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Góry są zróżnicowane. Są mniej lub bardziej trudne szlaki, jest sporo nieodkrytych, do maja można się wspinać po południowych stokach, jednakże już bez wyciągów. W tym i poprzednim sezonie widziałem 2 czy 3 autokary polskich turystów, którzy przyjechali do hotelu za małe pieniądze, w granicach 1000 złotych za tydzień z wyżywieniem i wykupionymi skipassami. Byli bardzo zadowoleni, raz pojechali na Bjelašnicę, raz na Jahorinę, mogli wspólnie wybrać, na którą górę będą jeździć.

Właśnie, jak kształtują się ceny? Czy Bośnia może stanowić konkurencję dla popularniejszych kierunków?

Zdecydowanie. Ja za całoroczny skipass zapłaciłem 350 KM w przedsprzedaży, tj. 700 złotych. Tyle kosztuje tydzień w Alpach. Tutaj za dzienny skipass płacisz 15 euro. Za te pieniądze nie kupisz tego w Polsce, a warunki są moim zdaniem dużo lepsze. Śnieg jest od grudnia do końca kwietnia. Wydaje mi się, że trudno znaleźć tak dobre stoki. Istnieje problem z kolejkami, ale cały czas próbują coś z tym robić. Wraz ze znajomymi kilkukrotnie wybieraliśmy się na Bjelašnicę czy Jahorinę – składaliśmy się na domek, były to groszowe sprawy, ok. 30 złotych na osobę za dwa dni.

Muszę przyznać, że jestem totalnym ignorantem, jeśli chodzi o narty. Na miejscu dowiedziałam się natomiast, że popularne są tu skitoury, połączenie wspinaczki zimowej, wędrówki na nartach oraz zjazdu narciarskiego. Interesowałeś się tym może?

Tak, wyprawy skitourowe są często organizowane. Jedną z osób, która się tym zajmuje, jest Ronald Grozdanović, który również uczestniczył w projekcie. Oprócz tego, że jest snowboardzistą, organizuje właśnie te skitoury. W wyprawach skitourowych uczestniczą zorganizowane grupy. Sporty zimowe szybko się tu rozwijają, Bośnia jest miejscem, w które warto inwestować, które warto zobaczyć, póki nie jest jeszcze tak odkryte, pełne turystów, póki wciąż pozostaje trochę dzikie. Trzeba się pogodzić z tym, że nie wszystko będzie tu do końca dopracowane, że będzie bardziej „wild&extreme”, bez menu w 15 językach, jednakże dla mnie jest znacznie ciekawsze i bardziej autentyczne.

Artur KrzykowiakArtur Krzykowiak, fotograf urodzony w Polsce (1982) emigrował do Wielkiej Brytanii w 2002 roku. Początkowo zajmował się nauczaniem fotografii jako asystent wykładowcy w brytyjskim Collegu. Później rozwijał karierę w Londynie zajmując się fotografią oraz obróbką zdjęć i artystycznym retuszem. W 2011 roku przeprowadził się do Sarajewa, gdzie obecnie pracuje nad osobistymi projektami w dziedzinie fotografii.

Facebook: Artur K. Photography
www: arturphotography.com

About Zuzanna Głowacka

Absolwentka gdańskiej slawistyki, wciąż próbuje się zmusić do zakończenia magisterskiej przygody z europeistyką. Zajmuje się tłumaczeniami i współczesną literaturą bośniacką. Aktualnie mieszka i studiuje w Sarajewie.
KOMENTARZE