Home / Polityka / Rumunia: Robaki połknęły centroprawicową opozycję

Rumunia: Robaki połknęły centroprawicową opozycję

Autor: Krzysztof Górski

Według exit polls wczorajsze wybory parlamentarne w Rumunii zdecydowanie wygrała centrolewicowa koalicja rządząca pod nazwą Unia Społeczno-Liberalna, uzyskując według różnych ośrodków między 55 a ponad 58% poparcia. Skala zwycięstwa ugrupowania premiera Victora Ponty, zjawisko wyjątkowe w ugruntowanych demokracjach europejskich, wskazuje, że Rumunia ma przed sobą jeszcze długą drogę do stabilnego ładu demokratycznego.

O klęsce może mówić rządząca jeszcze w kwietniu tego roku centroprawica (koalicja Sojusz Prawej Rumunii, w skrócie ARD, jej najważniejszy element stanowi Partia Demokratyczno-Liberalna), popierana przez prezydenta Traiana Băsescu, której czołowi liderzy mogą mieć problem z uzyskaniem mandatu do Izby Deputowanych albo Senatu. Sojusz uzyskał zaledwie około 20% poparcia, płacąc  ten sposób cenę za bolesne reformy ekonomiczne, konieczne dla uzyskania pożyczki od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wśród środków zaaplikowanych Rumunom przez rządy PDL-owskiego premiera Emila Boka (w latach 2008-2012) znajdowały się obniżka wynagrodzeń w sektorze publicznym o 25% oraz podwyżka podatku VAT z 19 do 24%. Sytuacja ta zaowocowała w styczniu tego roku wybuchem największych antyprezydenckich i antyrządowych zamieszek od upadku komunizmu w 1989 roku, podczas których rannych zostało ponad 60 osób. Dziś Băsescu to najmniej popularny polityk nad Dunajem i Cisą. Głowie swojego państwa nie ufa prawie 70% ankietowanych Rumunów (wynik z grudnia tego roku).

Trzecie miejsce w wyborach zajęła populistyczna Partia Ludu biznesmena Dana Diaconescu otrzymując 10-12% głosów. Próg wyborczy 5% przekroczył również Demokratyczny Związek Węgrów w Rumunii, do maja tego roku uczestniczący w centroprawicowej koalicji rządowej.

Rumunów nie interesowała kampania przedwyborcza. Według sondażu ośrodka Public Affairs tylko 4% ankietowanych było bardzo zainteresowanych przebiegiem politycznej gry przed grudniowymi wyborami, w nieznacznym stopniu kampanię obserwowało 27% indagowanych. Premier Ponta odniósł wyborcze zwycięstwo pomimo dobrze udokumentowanych oskarżeń o plagiat doktoratu, rozpętania politycznej wojny z prezydentem Băsescu (polskie boje o krzesło na szczytach Unii Europejskiej przy rumuńskich sporach, kto ma latać na unijne szczyty, to wyżyny salonowej szarmancji), protestów artystów oburzonych zajmowaniem przez polityków USL „stołków” w instytucjach kultury (nagrodzony Złotą Palma w Cannes reżyser Cristian Mungiu poprosił nawet o symboliczny azyl w ambasadzie Kanady w Bukareszcie).

W ostatnich latach w Europie podobny wynik wyborczy co Ponta uzyskało jedynie ugrupowanie Viktora Orbána na Węgrzech. W europejskich (i polskich) mediach często można znaleźć porównania sytuacji na Węgrzech i w Rumunii, między autorytarnymi ciągotami Viktora Orbána, a zawłaszczaniem poszczególnych państwowych instytucji przez ugrupowania koalicji Ponty. Mniej przypomina się o tym, że głosowania na Węgrzech i w Rumunii w równym stopniu, co pozytywny wybór, stanowiły plebiscyty przeciwko pewnemu sposobowi uprawiania polityki i rządzącemu dotychczas establishmentowi. W przypadku Budapesztu gniew skierowany był przeciwko socjalistom premiera Ferenca Gurcsánego (i jego słynnym słowom skierowanym do partyjnych kolegów: „Węgry są spisane na straty. Przez cztery lata nie zrobiliśmy nic. Absolutnie nic. Ostatnie półtora roku czy dwa lata były jednym wielkim kłamstwem.”), w Rumunii przeciwko pysze takich polityków jak poseł PDL Iulian Urban, który nazwał występujących w styczniu przeciwko rządowi „robakami, którzy zasługują na swój los”. Przedstawiciele węgierskiego (do 2010 roku) i rumuńskiego (wywodzącego się z centroprawicy)  establishmentu zapomnieli o podstawowym prawie społecznych działań – że nic nie mobilizuje silniej niż wspólny przeciwnik.

Oskarżany przez opozycję i Unię Europejską o autokratyczne posunięcia i podważanie fundamentów państwa prawa premier Victor Ponta po ponad pół roku pracy uzyskał wreszcie demokratyczną legitymację. Dotychczas jego rząd utrzymywał się dzięki poparciu posłów-imigrantów z ugrupowań centroprawicowych, którzy obawiali się, że nie odnowią mandatu, gdyby do parlamentu startowali z listy PDL.

Wzmocnienie pozycji Victora Ponty poprzez wyborczy plebiscyt może jeszcze bardziej rozniecić polityczny konflikt między liderem USL a prezydentem Traianem Băsescu. Oliwy do ognia może dolać próba wyznaczenia przez głowę państwa innego kandydata na premiera niż skonfliktowany z prezydentem Victor Ponta. Politycy USL zapowiadają w takim razie trzecią próbę odwołania prezydenta (po nieudanych w latach 2007 i latem tego roku).

Oprócz dalszej rywalizacji z prezydentem Băsescu wyzwaniem dla Ponty będzie poprawa pozyskiwania przez Rumunię funduszy unijnych, w czym Bukareszt wlecze się w europejskim ogonie. Pomysł na sukces stanowić ma wyodrębnienie osobnego odpowiedzialnego za to ministerstwa (obecnie odpowiadają za to poszczególne resorty), a wzór ma stanowić Polska. O polską minister rozwoju regionalnego zagadywali mnie nawet bukaresztańscy taksówkarze. Skuteczność i skromność Elżbiety Bieńkowskiej stanowiły pozytywny kontrapunkt wobec groteskowej postaci byłej wiceszefowej PDL Eleny Edrei, nieudolnej szefowej  resortu rozwoju regionalnego i turystyki, której ignorancja i bajeczne stroje dołożyły kamyk do wyborczej porażki i aktualnej mizerii centroprawicy.

Źródło: adevarul.ro, revista22.ro

About Krzysztof Górski

Gdańszczanin z urodzenia i z wyboru, nie wyobraża sobie życia bez większej wody, najchętniej słonej. Rumunofil. Pisze pracę doktorską na Uniwersytecie Gdańskim, która dotyczy Rumuńskiego Kościoła Prawosławnego. Po jej ukończeniu marzy mu się praca na uczelniach w Dar es Salaam, Mombasie albo Luandzie.
KOMENTARZE