Home / Baklava / Rzecz o trzech bułgarskich filmach, które nie są dobre
bratyt_na_ohliuva_2

Rzecz o trzech bułgarskich filmach, które nie są dobre

W ostatnim czasie miałam wątpliwą przyjemność natknąć się na trzy złe bułgarskie filmy. Dzisiejsze media starają się nas wszystkich nauczyć, że warto poświęcać uwagę czemuś, co na nią nie zasługuje, więc wychodząc naprzeciw trendom, zapraszam na skrajnie subiektywną krytykę trzech naprawdę słabych filmów z Bułgarii. Na wstępie chciałabym również zaznaczyć, że nie posiadam żadnej wiedzy filmoznawczej. Korzystając jednak z uniwersalnego prawa głosu i równie uniwersalnej zasady papier zniesie wszystko, chcę rzec – nie znam się, ale się wypowiem.

Pozwolę sobie zacząć spokojnie, bez przytupu. Pierwszy film, który chcę przedstawić, to Sziwaczki według scenariusza Lubomiła Todorowa z 2007 roku, również w jego reżyserii. Tytułowe szwaczki to trzy przyjaciółki, które wyruszyły z małego miasteczka – Popowa – na podbój bułgarskiej stolicy. W główne role wcielają się Aleksandra Syrczadżijewa, Elen Kolewa i Wioleta Markowska. W świetle szokujących informacji o tym, że prowincjonalne krawcowe nie zarabiają w Sofii 100 lv na godzinę (według aktualnego przelicznika na złotówki – 213,14 PLN) muszą zmierzyć się z brutalną rzeczywistością wielkiego miasta, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem, a pieniądze nie rosną na drzewach. Tak więc Dora i Elena znajdują pracę w mięsnym, który poleciła im ich współlokatorka – Ina. Katia z kolei zostaje kelnerką w pewnym nieco szemranym lokalu, którego właściciel wcześniej proponował wszystkim trzem dziewczynom karierę w branży rozrywkowej. Przyjaciółki dość szybko orientują się, że Katia trudni się nierządem, bo jeździ taksówkami, ma stanik za 50 lewa i odmawia wyłączania farelki. Sprawa jest więc oczywista. Dora również stosunkowo szybko wplątuje się w tarapaty, a właściwie w pościel z mężem Iny. Dlaczego ten film jest moim zdaniem zły? Dlatego, że jest straszliwie przeciętny i przewidywalny. Niemal od początku wiadomo, jakie będą losy dziewczyn z Popowa. Gra aktorska nie jest może odpychająca, ale nie jest też niczym na miarę Oskara. Rzeczą niezwykle denerwującą w tym filmie jest na pewno muzyka. Sziwaczki weszły do kin w 2007 roku, w tym czasie zachodnie media puszczały już zalotnie oko do niepokojącej elektroniki, a swoje debiutanckie płyty wydały Amy Winehouse czy Lily Allen. Wszyscy też zdążyliśmy znienawidzić najbardziej irytującą piosenkę o parasolu. Tymczasem Antonin Donczew, odpowiedzialny za stronę muzyczną, postawił na kompozycje brzmiące, jakby były siłą wydarte ze szponów dyskdżokejów, święcących triumfy w czasach poprzedniego ustroju. Tym nieco zatęchłym oddechem przeszłości można się zachłysnąć zwłaszcza w scenach z baru, w którym pracuje Katia. Urok polifonicznych dzwonków mają też partie keyboardu, na którym gra właściciel mieszkania, szlifując umiejętności przed występem w programie przywodzącym na myśl Jaka to melodia. Tak jak wspomniałam już wcześniej – ten film znalazł się na mojej liście nie dlatego, że nie da się go obejrzeć do końca, lecz dlatego, że jest doskonale przeciętny. Tak przeciętny, że aż zły. Również realia w nim przedstawione (przypominam – rok 2007) przypominają raczej bardzo wczesne lata dziewięćdziesiąte. Wszystko to razem po prostu mierzi.

Podobnym w wyrazie dziełem jest Bratyt na ohljuwa. Ten zaledwie 59-minutowy dramat w reżyserii Iwana Panewa (scenariusz Cwetan Angelow i Martin Damianow) też nie jest czymś tragicznym. Dwaj bracia, wraz z ojcem, mieszkają w niedużym mieszkanku. Starszy – Plamen – jest kimś w rodzaju agorafoba, cierpiącego na astmę, ale to, że nie wychodzi z domu od pięciu lat wydaje się jego najmniejszym problemem. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się, że dusi w sobie rodzinną tajemnicę, której wyjawienie może przynieść opłakane skutki. Poza tym lubi czytać książki i planuje samobójstwo. Lyczo, młodszy z braci, niemal nieustannie musi opiekować się Plamenem. Nie jest z tego powodu specjalnie zadowolony, bo ciągłe przybieganie na ratunek bratu, gdy ten doznaje ataku paniki, koliduje z jego życiem uczuciowym. Lyczo zainwestował bowiem swe uczucia w niezwykle wrażliwą młodą damę – Borjanię. Postać dziewczyny w tym filmie jest najbardziej bezkręgową rolą żeńską od czasu, kiedy bracia Lumere nakręcili Polewacza Polany. Ciężko powiedzieć, czy chodzi o aktorkę – Lidię Indżową – czy po prostu scenariusz przewiduje pozbawienie tej postaci charakteru, ale już w połowie filmu trudno znieść jej obecność na ekranie. To, co razi w tym filmie, to złe obsadzenie niektórych ról. Lyczo, grany przez Bojana Mladenowa, ubiega się o pracę policjanta. Jego plany spalają jednak na panewce, ponieważ nasz bohater ma problemy z panowaniem nad agresją, nie przechodzi więc testów psychologicznych. Wątłej postury aktor, o fizjonomii potulnego uczniaka, w jednej ze scen niemal jedną ręką powala dwóch rosłych ochroniarzy; dodam jeszcze, że dokonuje tego po kilku głębszych. Przeciętny zjadacz chleba raczej w takie cuda nie uwierzy. Do roli zapuszczonej pani psycholog też trochę nie pasuje piękna Joana Bukowska, ucharakteryzowana niczym Brzydula Betty. Film do 35. minuty jest nudnawy, ale znośny. Kiedy akcja zaczyna się rozpędzać, nawet prosty głuptas, za jakiego uważa się skromny autor tych słów, może zauważyć pewne scenariuszowe niedoróbki. Ma się wrażenie, że twórcy sami trochę się znudzili pisaniem na szybko, chcąc dociągnąć scenariusz do końca. Wisienką na torcie jest jednak ostatnia scena, przypominająca kampanię społeczną Urzędu Pracy – Niepełnosprawny pełnosprawny w pracy (z przyczyn oczywistych nie zdradzę).

Ostatni film przysporzył mi najwięcej problemu. Ten twór, inaczej niż powyższe, naprawdę trudno jest obejrzeć do końca. Różni się również gatunkowo, mamy bowiem do czynienia z komedią romantyczną. Większość filmów tego sortu jest zła z założenia, ale Czużdenecyt zdecydowanie się wyróżnia. Film w reżyserii i według scenariusza Nikolaja Iliewa, (grającego też jedną z głównych ról) z 2012 roku jest zrobiony najbardziej profesjonalnie. Są ładne zdjęcia, ładni aktorzy, ścieżka dźwiękowa też najbardziej strawna – dwoma słowy – widać pieniądz. Tylko ta historia…

Dwóch przyjaciół ze studiów – Bułgar Kalin (Iliew) i Francuz Gerare (Ljubomir Kowaczew), tytułowy obcokrajowiec, wpadają na chodniku na piękną, lecz szaloną Magdalenę (Sania Borisowa). Porażony urodą krzepkiej wieśniaczki Gerar zakochuje się od pierwszego wejrzenia, postanawia ją odnaleźć i pojąć za żonę. W wyniku pomyłki trafia jednak do sąsiedniej wioski o podobnej nazwie, gdzie w wyniku kolejnego nieporozumienia, prosi o rękę innej Magdaleny (sprawę załatwia z jej ojcem Zlatanem). Kiedy córka Zlatana wraca do domu i okazuje się, że nie o nią chodziło, Francuz postanawia uciec (jak miewają podobno w zwyczaju). Odnajduje właściwą wioskę i właściwy dom, jednak w ślad za nim podąża Zlatan z synem. Dochodzi do strzelaniny między dwoma rodzinami, a Francuz znów ucieka, tym razem do ojczyzny. Piękna Magdalena postanawia go odnaleźć i dokonać zemsty. W tym celu okłamuje Kalina, że jest w ciąży z jego przyjacielem i we właściwy sobie sposób prosi go, by zawiózł ją do Francji. I on to robi. W drodze rodzi się między nimi uczucie i potem robią TO.

Czużdenec to przesłodzona mieszanka komedii romantycznej, filmu drogi i komedii omyłek. Wszystko jest tu strasznie sztampowe, a postaci wydają się przerysowane ze słownika stereotypów. I tak mieszkańcy wsi są prostodusznymi, lecz dobrymi ludźmi, dzięki którym sztywne mieszczuchy uświadamiają sobie, jak ważną rolę w żuciu odgrywa miłość. Francuz ciągle ucieka, przykłady można by mnożyć. Okropnie drażnią zwały lukru przebijające z każdej niemal sceny. Pełno przeciągłych zbliżeń na niebieskie oczy Kalina, na niebieskie oczy pięknej Magdaleny i na niebieskie oczy Francuza. Jest kąpiel w fontannie przy zachodzącym słońcu, no i są też sceny walki. Nie jestem pewna, ale mają one chyba pełnić funkcję familiarną. Cóż, wypada to raczej słabo. Zakończenie też nie jest oczywiście jakimś suspensem. Aktorzy grają całkiem dobrze, zwłaszcza Kowaczew, jednak oglądanie tego filmu jednym ciągiem jest jak wmuszenie w siebie kilograma żelek obtoczonych w Nutelli, popitych czekoladą. Nie mówię, że się nie da, ale to po prostu naprawdę spore wyzwanie. Ciekawostką może być fakt, że rolę ojca Gerare’a gra Christopher Lambert, który wygląda, jakby przeszedł tyle liftingów, że, gdy się uśmiecha, unoszą mu się palce u stóp.

Przedstawione przeze mnie filmy nie są dobre, błędem byłoby jednak zapomnieć, że Bułgaria może pochwalić się naprawdę świetnymi obrazami. Mam na myśli na przykład Iztoczni piesi, Ave (choć oglądanie Ovanesa Torosiana sprawia fizyczny ból i chęć sięgnięcia po kanapkę) czy Pismo do Amerika. Takie filmy, jak opisane przeze mnie powyżej, są bardzo potrzebne, po to właśnie, żeby docenić ich przeciwieństwa.

Barbara Występek

Lubomił Todorow,Шивачки, BNT, Sofia 2007.

Iwan Panew, Братът на охлюва, Balgarska Nacionalna Televizia, Sofia 2008.

Nikolaj Iliew,Чужденецът, MVM International, Sofia 2012.

About Barbara Występek

Absolwentka UŚ, bułgarystka literaturoznawca, zakochana w bułgarskiej popkulturze. Uwielbia kryminały, popołudniowe drzemki i niskobudżetowe podróże.
KOMENTARZE