Home / Gospodarka / Strajki w tureckim Detroit
Źródło: hurriyet
Źródło: hurriyet

Strajki w tureckim Detroit

Od kilkunastu dni strajkują robotnicy największych fabryk zajmujących się produkcją samochodową. Domagają się podwyżek płac i zmian w strukturze związków zawodowych.

Głównym ośrodkiem protestów jest położona w północno-zachodniej Turcji Bursa – pierwsza stolica Imperium Ottomańskiego, obecnie będąca zagłębiem przemysłu motoryzacyjnego, nazywana „tureckim Detroit”. To tam 14 maja protesty rozpoczęli pracownicy największego w kraju producenta samochodów osobowych – Oyak Renault. Wkrótce dołączyli do nich robotnicy należącej do Fiata firmy Tofaş. Te dwie spółki odpowiadają za około połowę tureckiej produkcji samochodowej. Strajki szybko rozprzestrzeniły się na liczne fabryki zajmujące się wytwarzaniem części i podzespołów, również zlokalizowane w okolicach Bursy. Stambulska fabryka Ford/Otosan wstrzymała produkcję, uprzedzając tym samym prawdopodobne działania jej pracowników. Łącznie w strajkach może brać udział nawet 15 000 osób.

Robotnicy domagają się przede wszystkim podwyżek wynagrodzenia. Są niezadowoleni z zawartego 8 miesięcy temu układu zbiorowego obejmującego pracowników całego sektora. Podpisany został na lata 2014-2017 i zdaniem strajkujących jest zbyt długi i zbyt mało elastyczny by odpowiadał zmieniającym się warunkom gospodarczym i wzrostowi cen. Układ wynegocjował Turecki Związek Zawodowy Pracowników Przemysłu Metalurgicznego (Türk Metal), który według strajkujących nie reprezentuje ich interesów i wysługuje się pracodawcom. W czasie protestów robotnicy masowo wypowiadają swoje członkostwo w związku. Według niektórych komentatorów strajki w większym stopniu skierowane są przeciw Türk Metal niż przeciwko polityce pracodawców.

Władzom Tofaş udało się 22 maja dojść do porozumienia z robotnikami, wypłacając każdemu jednorazowo 1000 lir (ok. 1400 zł) za zakończenie strajku i obiecując dalsze ustępstwa. Podobnej oferty nie zaakceptowali pracownicy Oyak-Renault.

Upust swojemu niezadowoleniu dał szef Renault na Europę i Azję Jean Christophe Kugler, mówiąc, że jego firma planowała długoterminowe inwestycje w Turcji, jednak w obliczu ostatnich wydarzeń stoją one pod znakiem zapytania. Musi to brzmieć szczególnie boleśnie, biorąc pod uwagę najnowsze dane wskazujące, że w ostatnim roku poziom zagranicznych inwestycji w Turcji spadł o 37%. Rząd nie zajął jak dotąd zdecydowanego stanowiska w sprawie strajków. Jedynie minister przemysłu Fikri Işık stwierdził, że negocjacje pomiędzy stronami mogą być kontynuowane również po wznowieniu produkcji.

Choć od czasu obrony Gezi Parku w czerwcu 2013 roku protesty w Turcji są na porządku dziennym, strajki robotników należały do rzadkości. Mówiono nawet o wyjątkowej słabości związków zawodowych w tym kraju. Ostanie wydarzenia mogą więc być pewnym zaskoczeniem, a nawet początkiem nowego procesu społecznego w Turcji.

Fala strajków wydaje się też być poważnym ciosem dla rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) przed planowanymi na 7 czerwca wyborami parlamentarnymi. Jej popularność w znacznym stopniu zbudowana jest na sukcesie ekonomicznym, jaki udało się osiągnąć Turcji w ciągu 12 lat jej rządów. Jednak w ostatnim czasie doszło do poważnego spowolnienia gospodarczego, osłabienia liry tureckiej czy wspomnianego już zmniejszenia się napływu inwestycji zagranicznych. Tematy ekonomiczne zdominowały kampanię wyborczą, w której partie opozycyjne konsekwentnie próbują podważyć wizerunek AKP jako „cudotwórców gospodarczych”. Niezadowolenie robotników w tak istotnym i prestiżowym sektorze jak motoryzacyjny, może do pewnego stopnia osłabić wśród tureckich wyborców przekonanie o dokonaniach i rozwoju ich kraju w ostatnich latach.

Autor: Marcin Terlik

Źródła: hurriyetdailynews.com, todayszaman.com, dailysabah.com, haber.sol.org.tr

KOMENTARZE