Home / Kultura / Szwedzki stół z blinami i langoszem
ha_48_max (1)

Szwedzki stół z blinami i langoszem

Najnowszy numer Ha!Artu, Kelet, poświęcony jest historii i kulturze szeroko rozumianej Europy Środkowo-Wschodniej (w tym Polsce), obejmującej obszar aż po kraje Kaukazu, a tak naprawdę istniejącej przede wszystkim w naszych wyobrażeniach. I w pierwszym rzędzie wyobrażeniom, świadomości – kulturowej, etnicznej, historycznej, tożsamości i wzajemnym stereotypom poświęcona jest większość tekstów w numerze.

Dlaczego Albańczycy rodzą się w mercedesach?

Zaskakującego wglądu w duszę współczesnych Albańczyków dokonuje Małgorzata Rejmer, autorka głośnego „Bukaresztu”, której najnowsza książka dotycząca Albanii ukaże się w tym roku nakładem wydawnictwa Czarne. – Skąd w Albanii tyle mercedesów? – zastanawia się Rejmer, gdyż wedle mniej lub bardziej wiarygodnych statystyk, przeszło połowę samochodów poruszających się po drogach Tirany czy Szkodry stanowią auta tej właśnie marki. „Wszechobecność mercedesów jest wypadkową albańskiej historii, romantyzmu, pragmatyzmu, kompleksów i pragnień” – odpowiada autorka „Toksymii” i sięga głębiej, do czasów komunistycznych i dyktatury Envera Hodży, który zakazał posiadania prywatnych samochodów, albowiem ich pojawienie się „pogłębiłoby społeczne różnice”, a na dodatek dało obywatelom namiastkę niebezpiecznej wolności. W związku z tym pod koniec lat 80. po albańskich ulicach jeździło nie więcej niż 7 tysięcy aut, i nie było potrzeby budowy nowych dróg. Po upadku albańskiej wersji komunizmu okazało się, że jedynie mercedesy dają radę jechać po dziurawych jak sito szosach i pojazdy te sprowadzano w dziesiątkach tysięcy, pamiętając na dodatek, że mercedesem poruszał się Enver Hodża.

źródło galenryfrysinger.com

Czego warto spróbować w Tyraspolu?

Piotr Oleksy, znawca poradzieckiej Mołdawii i redaktor naczelny EastWestInfo.eu analizuje państwową ideologię Naddniestrza, kwasi-republiki, która przy pomocy rosyjskiej armii na początku lat 90. oddzieliła się od Kiszyniowa. Naddniestrze, kojarzone jako „skansen ZSRR”, czuje się obrońcą rosyjskiego imperium, kojarzonego z Katarzyną II i marszałkiem Suworowem, którego wizerunki zdobią naddniestrzańskie ruble. Na ten carski entourage nakłada się wszechobecność symboli sowieckich, szczególnie pomników Lenina: „Przed siedzibą władz (…) stoi wielki Lenin, nieco dalej na tej samej ulicy znajdzie się głowa Lenina. Leniny są w prawie wszystkich naddniestrzańskich miejscowościach, mniejszych i większych. Są to Leniny w różnych pozycjach i w różnym towarzystwie” – zauważa Oleksy. Na szczęście kolor czerwony w stołecznym Tyraspolu to nie tylko czerwone flagi, ale także rewelacyjne pomidory na tutejszych targowiskach.

Na wieloetniczność Naddniestrza (po 30% Ukraińcy i Mołdawianie, a także liczni Rosjanie, Bułgarzy, Gagauzi, Żydzi, Ormianie, Polacy) nakłada się scalającą tożsamość bycia Rosjaninem. Przy czym, jak zwraca uwagę Oleksy – nie chodzi tu o pojęcie „russki”, a „Rossijanin”, które to pojęcie jest szersze i odwołuje się nie do współczesnej Federacji Rosyjskiej, a dziedzictwa rosyjskiego imperium, które obejmuje i Białoruś, i Kazachstan, i Ukrainę z Odessą, Charkowem i Donieckiem.

źródło ridus.ru

Marek Wojnar bierze po lupę symbolikę, do której odwołują się twórcy „Noworosji” – innego tworu parapaństwowego, wykrojonego ze wschodniej Ukrainy przez rebeliantów wspieranych przez Rosję. Rezerwuar, do którego sięgają, stanowi mieszankę carsko-sowiecką, przy zauważalnej dominacji tej drugiej. Spośród dwóch flag, które wykorzystuje „Noworosja” jedna odwołuje się do flagi Imperium Romanowów, używanej w drugiej połowie XIX wieku, druga stanowi połączenie sowieckiego Sztandaru Zwycięstwa oraz Krzyża Świętego Andrzeja, symbolu rosyjskiej marynarki wojennej. Obydwa twory – Naddniestrze i „Noworosję” – oprócz ideologii łączy jeszcze osoba Władimira Antiufiejewa, majora policji z sowieckiej Łotwy, poszukiwanego międzynarodowym listem gończym za strzelanie do cywili, który był twórcą i szefem naddniestrzańskiej „bezpieki”, a ostatnio znalazł się we władzach „Donieckiej Republiki Ludowej”.

Gdzie Słoweńcy szukają ojców?

Specyficzny poziom „Bałkanów wyobrażonych” eksploruje Aleksandra Wojtaszek, zajmując się stereotypami, jakimi „darzą się” narody byłej Jugosławii. Zasada panuje taka – że im dalej od siebie, tym lepiej – Macedończycy najbardziej lubią Chorwatów, a znający się najmniej Słoweńcy i Serbowie potrafią się dogadywać. W najgorszej sytuacji znajdują się Bośniacy, za którymi ciągnie się łatka wioskowego głupka. Wojtaszek przypomina popularne w byłej Jugosławii dowcipy, których bohaterami są Mujo i Haso (imiona ewidentnie bośniackie), poczciwi, sympatyczni, ale nieszczególnie rozgarnięci. Jedyny pozytywny komponent stereotypu Bośniaka zawiera się w dowcipie, znanym nie tylko w Słowenii: „Co robi Bośniak po ukończeniu osiemnastu lat? Jedzie do Słowenii poszukać pracy. A co robi Słoweniec po ukończeniu osiemnastu lat? Jedzie do Bośni, poszukać ojca”. Do kwestii językowego zróżnicowania obszaru post-jugosłowiańskiego odwołuje się literacka perełka w numerze czasopisma, mianowicie „Z pamiętnika Robiego K.” chorwackiego satyryka Viktora Ivančića. Jego zakończenie będzie sympatyczną niespodzianką nie tylko dla językoznawców.

Trianon źródło erepublik.com

Dla mnie największą niespodzianką numeru jest opowieść Ziemowita Szczerka o węgierskiej partii Pies z Dwoma Ogonami, która obiecywała Madziarom życie wieczne, dwa zachody słońca dziennie (bo są piękne), zakaz wszelkich chorób, i rozwiązanie w ten sposób zasadniczego problemu, z którym boryka się węgierska służba zdrowia. Dla przełamania monotonnego węgierskiego krajobrazu ugrupowanie postulowało wzniesienie sztucznej góry pośrodku Niziny Węgierskiej. Budapeszt miał stać się drugą Wenecją, ponieważ Pies obiecał pogłębienie niektórych ulic, aby popłynął nimi Dunaj. Najbardziej genialny „pieski” pomysł, który znalazłby zastosowanie w niektórych krajach bałkańskich, dotyczył sposobu, w jaki partia chciała sobie poradzić w węgierskim kompleksem Trianon. Przypomnijmy, że po I wojnie światowej, w wyniku traktatu wersalskiego Węgry utraciły niemal dwie trzecie ludności, oraz dwie trzecie obszaru państwa. Kontury Węgier sprzed I wojny stanowią jedną z narodowych ikon nad Dunajem, umieszcza się je na koszulkach, plakatach, haftuje na makatkach sprzedawanych turystom. Otóż węgierski Pies ma głowę na karku – zauważa Szczerek. Po co bić się z Serbami o Wojwodinę, albo z Rumunami o Siedmiogród, skoro „zawsze można przyciąć to, co pozostało z potrianońskich Węgier tak, by przypominało wyśniony kształt Wielkich Węgier. Tylko mniejszy.” Rozwiązanie pasowałoby do rodaków dobrego wojaka Szwejka, a nie przedstawicieli narodu, którego najwięksi pisarze i poeci słyną z wyrafinowanych metod popełniania samobójstwa.

Taki właśnie jest nowy numer Ha!Artu, jak szwedzki stół, z którego każdy może wybrać dla siebie smaczny kąsek, a czasem doznać zaskakującego przełamania smaków. Obok tekstów literackich mamy reportaże, lżejsze formy sąsiadują z poważniejszymi, jak rozmowa z Hansem Henningiem Hahnem o tym czym dla Europy był „Wschód” i jak przesuwały i kształtowały się jego granice. Jak podkreślają redaktorzy numeru Ha!Art ma być czasopismem kulturalnym, nie zaś „platformą do zdobywania punktów”, i sprzyja to bardziej osobistemu podejściu autorów do opisywanych tematów, czemu towarzyszy niekiedy trudna do zawarcia w artykule naukowym nuta empatii (jak w przypadku tekstu Piotra Oleksego o Naddniestrzu). Podziw może budzić też zamieszczenie w jednym tomie tekstów tak wielu głośnych nazwisk pisarzy i naukowców młodego i średniego pokolenia, którzy być może za 10-20 lat będą kształtować polskie widzenie „Wschodu”, czymkolwiek ten jest.

Krzysztof Górski

About Krzysztof Górski

Gdańszczanin z urodzenia i z wyboru, nie wyobraża sobie życia bez większej wody, najchętniej słonej. Rumunofil. Pisze pracę doktorską na Uniwersytecie Gdańskim, która dotyczy Rumuńskiego Kościoła Prawosławnego. Po jej ukończeniu marzy mu się praca na uczelniach w Dar es Salaam, Mombasie albo Luandzie.
KOMENTARZE