Home / Bałkany / Bułgaria / „Więc? Co słychać w Bułgarii?”
Protesty w Bułgarii

„Więc? Co słychać w Bułgarii?”

Wydarzenia ostatnich pięciu miesięcy w Bułgarii skłaniają mnie, Bułgara, od 2011 roku lektora na UMCS w Lublinie, bym odbierał kapitalne „Garden party” Stanisława Barańczaka nie tylko jako wielbiciel polskiej literatury, ale także jako współczesny bułgarski sobowtór lirycznego ja. Zrozumiałe jest bowiem, że reakcja większości Polaków, z którymi mam styczność, na wydarzenia w mojej ojczyźnie, jest mieszaniną niezrozumienia, wynikłego z niedoinformowania, ironii i zmęczenia nieustannymi niepokojami na Bałkanach. Tymczasem wierzę, że ta sytuacja w pewien sposób przypomina stosunek Bułgarów do Polski w czasach Solidarności, kiedy powtarzano te same frazesy o awanturujących się Polakach i ich irracjonalnej niechęci do Rosji (chociaż nikt nie podważał historycznego uzasadnienia owej niechęci).

A zupełnie poważnie – co dzieje się teraz w Bułgarii? Minął 150. dzień nieustannych protestów przeciwko rządowi Płamena Oreszarskiego. Od czerwca co wieczór centrum Sofii blokują pochody niezadowolonych obywateli, domagających się jednego – niezwłocznej dymisji rządu i ogłoszenia nowych wyborów. Należy dobitnie powiedzieć, że nie jest to zwykły protest polityczny, jak mogą ochrzcić go media. Przeciwnie – protest ten jest właśnie „antypolityczny”, przez niego bułgarskie społeczeństwo obywatelskie kategorycznie wyraża zniesmaczenie nieudanym „przełomem demokratycznym”, który przez 24 lata nie zdołał zjednoczyć narodu, pomimo przystąpienia do NATO, Unii Europejskiej i względnej stabilizacji ekonomicznej.

Po tym, jak partia GERB (Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii,  bułg. Граждани за eвропейско развитие на България), uzyskawszy najwięcej głosów w wyborach (30,5%), nie zdołała utworzyć koalicji z inną siłą w parlamencie, do władzy doszły trzy ugrupowania polityczne: BSP czyli Bułgarska Partia Socjalistyczna (bułg. Българска социалистическа партия, spadkobierczyni partii komunistycznej, w wyborach figurująca jako „Koalicja na rzecz Bułgarii”, uzyskała 26,6% głosów), DPS – Ruch na rzecz Praw i Wolności (bułg. Движението за права и свободи, na stałe istniejący w parlamencie od 1990 roku i skupiający głosy przede wszystkim mniejszości tureckiej i bułgarskich muzułmanów; 11,3% głosów) i partia Atak (bułg. Атака, partia nacjonalistyczna na czele z populistą Wolenem Siderowem; 7,3%).

Problem z powołanym w takim układzie sił rządem nie tyle polega na tym, że wydaje się, że nie odzwierciedla on woli większości bułgarskich obywateli. Chodzi tu raczej o inne poważniejsze zagrożenia:

że nowa władza wykonawcza będzie forsować interesy potężnego biznesu rosyjskiego (dla którego europejski wizerunek kraju, a także kwestie zgodności działań z prawem w jakimkolwiek państwie nie mają specjalnego znaczenia), i że nowa władza po raz kolejny będzie legitymizować wpływowe ekonomicznie struktury, zakulisowo rządzące krajem. Po bułgarsku te struktury nazywają się po prostu „mafia” i „oligarchia”, a ich macki ściśle oplotły aparat państwowy niezależnie od politycznych barw rządzących.

Te obawy potwierdziły się niezwłocznie, już na samym początku funkcjonowania nowego rządu. Szefem Państwowej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego uczyniono personę, której kandydatury w państwie demokratycznym nawet nie powinno się brać pod uwagę. Był to magnat medialny Delian Peewski, wykonujący mandat posła z ramienia DPS. Ten samobójczy krok premiera wciąż zastanawia swoją absurdalnością. Czemu miała służyć ta demonstracyjna nominacja? Zdrowy rozsądek podpowiada dwie możliwe odpowiedzi: albo rząd jest bezwolnym zakładnikiem ciemnych interesów i jest zmuszony wykonywać każde zlecenie oligarchów, albo skandaliczna postać Peewskiego miała zwyczajnie odciągnąć uwagę publiczną od innych posunięć nowej władzy. A te posunięcia wykonano błyskawicznie i w komforcie zapewnianym przez bezzębne media. Kilka dni po rozpoczęciu protestów przeciwko Delianowi Peewskiemu do Sofii przyjechał szef Gazpromu, aby ustalić szczegóły porozumienia w sprawie budowy gazociągu Potok Południowy. Oczywiście za swój wkład w rozwój państwa Aleksiej Miller został uhonorowany tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu Architektury, Budownictwa i Geodezji w Sofii. Sam projekt gazociągu został przedstawiony przez rząd i niemal wszystkie krajowe media jako wyjątkowa szansa dla Bułgarii, gdyż, wziąwszy pod uwagę ograniczone fundusze bałkańskiego państwa, rosyjska firma zainwestuje własne ogromne środki, co z kolei przyczyni się do powstania tysięcy miejsc pracy, Bułgarzy zaś tylko na tym zarobią – zwrócą Rosji poniesione wydatki z opłat, które inne państwa będą wnosić za przetransferowany gaz. Od społeczeństwa bułgarskiego oczekiwano, by przyjmowało te rewelacje jeśli nie z wdzięcznością, to przynajmniej z wyrozumiałością, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dotąd nie są znane prawdziwe zapisy umowy z Gazpromem.

Niezależnie od tego, które z opisanych zagrożeń wygląda bardziej prawdopodobnie, z pewnością możemy wyciągnąć bolesny wniosek, że rząd Oreszarskiego manifestuje wzorcowe lekceważenie tak partnerów europejskich i całościowego cywilizacyjnego zorientowania państwa, jak i własnych wyborców. „Protestujcie, ile wlezie, my będziemy sobie rządzić” – oto przesłanie działań premiera rządu. A jego gabinet, bez cienia wątpliwości, ma więcej

planów działania.

Forsowanie Potoku Południowego nie jest jedynym zadaniem, dla wypełnienia którego obecny rząd bułgarski został powołany do władzy. Mimo niedomówień i jedynie mglistych napomknień jest już możliwe rozszyfrowanie kolejnych kluczowych pociągnięć władzy. Pierwszym z nich będzie rozbicie Narodowego Funduszu Zdrowia, który co roku pochłania ogromne środki, na kilka mniejszych funduszy, które mają dysponować państwowymi pieniędzmi jakoby bardziej efektywnie, w istocie zaś mają zapewnić ich szybsze rozpłynięcie się w rękach specjalnie do tego przygotowanych firm. Wiadomo, że żaden zdrowo myślący Bułgar nie wierzy w dobre intencje tej reformy.

Kolejnym krokiem rządu ma być wznowienie budowy elektrowni atomowej Belene, mimo porażki projektu w referendum w styczniu 2013 roku, po którym jego realizacja została oficjalnie wstrzymana przez ówczesny rząd. Tu także wątpliwości dotyczą wciągnięcia państwa w ekonomiczne interesy, oznaczające dla Bułgarów gigantyczne zobowiązania finansowe o wątpliwej opłacalności. Plany budowy tej elektrowni są dziś symbolem połowicznych posunięć, które są na porządku dziennym obecnej Bułgarii.

Na wpół odtajnione teczki Służby Bezpieczeństwa, połowicznie przeprowadzone reformy, półwolne media… nie dziwi, że dominującym poczuciem w społeczeństwie jest tożsamość połowicznie europejska – europejska na papierze, postkomunistyczna w rzeczywistości. Z tego powodu nie należy negatywnie traktować tego, że protestujący nie mają pozytywnego programu zmian. Żądania demonstrantów nie są konkretną wizją rządów, nie wskazują konkretnych osób na miejsce obecnie rządzących. Nikt w Bułgarii nie ma złudzeń, że po ewentualnych nowych wyborach sytuacja w kraju się znormalizuje, skończy się nędza i wszechobecny brak perspektyw dla obywateli. Przeciwnie – ten protest jest negatywny. Negatywny w tym sensie, że wyraża zmęczenie całym systemem państwowym, który przez ostatnie 24 lata nie zdołał ani unieszkodliwić wpływowych struktur mafijnych, powstałych z błogosławieństwem byłej elity komunistycznej, ani usunąć współpracowników służb ze znaczących stanowisk. Dzisiejszy Bułgar w istocie czuje się tym biednym w Unii Europejskiej, przede wszystkim zaś czuje się ograbiony z ostatniej nadziei na przejrzystość rządów i elementarną przyzwoitość klasy politycznej. Protest ten zatem jest nie tyle skierowany na myśl o przyszłej pomyślności, ile na groteskową teraźniejszość. Jeśli istnieje racjonalna nadzieja w społecznych niepokojach, to jest nią pragnienie, by w następnych latach rządy były znośne.

Bez studentów zmiany są niemożliwe

Pozbawieni złudzeń, za to stanowczy żądać, by władza ustąpiła, są studenci. Od 23 października rektorat Uniwersytetu Sofijskiego, znajdujący się w pobliżu budynku parlamentu, jest okupowany przez grupę, która zdobyła na Facebooku popularność jako Ranobudnite Studenti (budzący się wcześnie studenci). Zajęcia nie są prowadzone, wieczorem zaś studenci włączają się do ogólnych demonstracji przez budynkiem Zgromadzenia Narodowego. Kulminacja nastąpiła 12 listopada, kiedy zmasowane oddziały policji doprowadziły do bezpośrednich starć z protestującymi. Media nie były w stanie ukryć scen z zakrwawionymi twarzami i kopaniem leżących na ziemi. Podczas gdy europejscy obserwatorzy czekają na odpowiedź, jak długo taka sytuacja będzie trwać nierozwiązana, ja otrzymuję informacje od mojego dobrego przyjaciela, znanego sofijskiego aktora Bogdana Gliszewa (nieprzypadkowo nagrodzonego odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”), że 13 listopada o godzinie 7.00 rano do jego mieszkania zapukali funkcjonariusze porządku publicznego, szukający jego syna Manoła Gliszewa, blogera i regularnego uczestnika protestów. Po tym, jak nie zastali chłopaka w domu (na szczęście spędzał noc gdzie indziej), przystąpili do przesłuchiwania rodziców. Tymczasem media podają dane o 48 aresztowanych po wieczornych protestach, a koalicja rządząca prześciga się w nazywaniu demonstracji „zadymą” zorganizowaną przez „ultrasów”, „oprychów” i „łysych”.

Absurd w Bułgarii narasta i już nie tylko przypomina, a wręcz kopiuje metody zastraszania, które Polacy pamiętają z lat ‘80. Jednocześnie można być pewnym, że studenci i ich zwolennicy nie odpuszczą. Specyfika bułgarskiego życia społecznego ostatniego ćwierćwiecza jest taka, że każdy wie, że demonstracje nigdy nie przynoszą owoców same z siebie, a bułgarski polityk, szczególnie jeśli jest wychowankiem starej szkoły komunistycznej, nie oddaje władzy w sposób pokojowy. Albo protesty przekształcają się w akty nieposłuszeństwa na pograniczu naruszania porządku społecznego (okupacje, strajki, żywy mur przed parlamentem), albo ludzie protestują pod cyniczno-ironicznym okiem władzy, po czym nadal wiodą swoje życie połowicznie obywatelskie. Niestety dziś potwierdza się gorzka diagnoza, że bałkański polityk nie ulega wpływom poprzez racjonalną argumentację, przekonania i skandowanie tłumu. Jego aktywność pobudzają jedynie ekstremalne sytuacje – masowe zabarykadowanie ulic, długoterminowe blokowanie jego „miejsca pracy” (koniecznie budynku Rady Ministrów lub parlamentu), niebezpieczeństwo szybkiej utraty władzy lub wolności.

Nie będzie przesadnym stwierdzenie, że sytuacja w państwie jest na skraju stanu wojennego. Nie jest to jednak, w kontekście bułgarskich przemian demokratycznych, jakieś wydarzenie wyjątkowe, być może taki jest właśnie bułgarski los, że nawet w warunkach pełnoprawnego członkowstwa w Unii Europejskiej konieczne jest cykliczne ogłaszanie swojej potrzeby demokratycznych, ekonomicznych i społecznych reform, potrzeby odrzucania wpływów byłej bezpieki i rosyjskich ciemnych sprawek.

Absurdalny PR rządzących

Pięć miesięcy po nastaniu nowego rządu jego zachowanie w mediach jest dobrą lekcją dla wszystkich studentów dziennikarstwa i politologii, jak nie należy kształtować swojego publicznego wizerunku. I partia socjalistyczna, i DPS nie są w stanie wyjść od swojego obecnego raison d’être formacji politycznych, które doszły do władzy tylko po to, żeby nie dopuścić do niej byłego premiera Bojka Borisowa i jego partii GERB. Straszenie GERB-em (podczas debat parlamentarnych i w mediach) dawno już przybrało komiczne rozmiary, a to tylko wzmaga absurdalność władzy, która dzierży media, ale nie umie wypełnić ich treścią. Rząd czyni widoczne wysiłki, by sformułować bodaj jedno pozytywne przesłanie do ludzi. Jak dotąd nie zachwiało to jednak jego pozycją.

Bułgarscy socjaliści od lat cierpią na inną chorobę, niebezpiecznie zagrażającą finansom państwa – wobec każdego napięcia społecznego ich jedyną reakcją jest aktywizowanie seniorów czy to poprzez podwyższenie emerytur, czy też jednorazowe zasiłki świąteczne. W Bułgarii, kraju członkowskim UE od 1 stycznia 2007 roku, wciąż jeszcze pytania o korupcję, reformy szkolnictwa i strukturalne zmiany we władzach można zbyć obietnicą zwiększenia emerytur o kwotę równą około 50 złotych. Te rozpaczliwe działania podejmuje się z pełną świadomością, że przyszłość przed władzą rysuje się jeszcze czarniejsza. Brak woli przeprowadzenia konsekwentnych reform bez wątpienia będzie zacieśniać koncentryczne kręgi biedy, społecznego niezadowolenia i w rezultacie braku jakichkolwiek perspektyw. Widocznie ten schemat jest świadomie realizowany przez rządzących: w takich warunkach o wiele łatwiej przeprowadzać politykę korzystną dla oligarchii.

Uniwersytet Sofijski – barometr europejskiej Bułgarii

Trzy lata temu dwaj ministrowie poprzedniego rządu pozwolili sobie publicznie ironizować na temat poziomu kształcenia i konkurencyjności Uniwersytetu Sofijskiego. Ich cel był jasny – dotacje państwowe, wspomagane przez zewnętrzne nie do końca jasne źródła, przekierować na nowe prywatne uczelnie. Trzy lata temu wykładowcy i studenci wyrazili swoje zdumienie tym niedopuszczalnym zachowaniem funkcjonariuszy publicznych, ale nie wyszli na ulicę. Dzisiaj przedstawiciele tego samego uniwersytetu są głównym motorem antyrządowych protestów, kierującym je ku realnym celom. Uniwersytet Sofijski po raz kolejny udowadnia, że jest najbardziej zaangażowaną instytucją społeczną w państwie. Gdyby studenci nie strajkowali, nie okupowali budynku, nie byli bici i aresztowani, Bułgaria nie miałaby szansy być pokazaną w serwisach informacyjnych mediów w Europie. Zostaje otwartym pytanie, jaki budżet – niezależnie od przyszłego rządu – zostanie przeznaczony na US, skoro w ostatnich latach kwota finansowania wystarcza jedynie na bieżące wydatki, nie przewiduje jednak funduszu na działalność naukową i polepszanie bazy materialnej. Pomimo tego Uniwersytet jest najbardziej czułym barometrem stanu Bułgarii, jest to zasługa, która raczej nie zostanie nagrodzona w najbliższej przyszłości.

A poza tym słońce, morze i góry

Dzisiejsze bolączki Bułgarii wcale nie oznaczają, że stała się ona nieatrakcyjna dla obcokrajowców. Przeciwnie, zainteresowani tym, co dzieje się za pasem plaż, napotkają  masę atrakcji. Tanie, ale dobrej jakości, jedzenie i napoje, paradoksalna harmonia między społecznym napięciem a wakacyjną błogością, nieustannie rozrastająca się sieć antycznych i średniowiecznych obiektów do zwiedzania, położonych wśród mało znanych Europejczykowi miejscowości. Szczególnie dla Polaka wizyta w tym małym bałkańskim kraju będzie wyzwaniem dla jego przekonania, że jest mistrzem świata w narzekaniu: w osobie przeciętnego Bułgara odnajdzie godnego i twórczego konkurenta. Chociaż bułgarskie narzekanie też ma swoją specyfikę – od upadku komunizmu jedną z narodowych maksym jest „czy przegramy, czy wygramy, zawsze popijamy”, co zawiera w sobie jednocześnie rezygnację i niepoprawny optymizm życiowy. Koniec końców jest to kraj, gdzie za dnia jemy, pijemy i pracujemy, a pod wieczór wychodzimy protestować. A słońca, morza i gór nikt nam nie zabierze.

Autor: Kamen Rikev

tłum. Agata Mokrzycka

KOMENTARZE