Home / Polityka / Bezpieczeństwo / Zza żółtego paska 3: Słowenia, Austria, Węgry
Fot. Kaja Puto
Fot. Kaja Puto

Zza żółtego paska 3: Słowenia, Austria, Węgry

Pojawienie się tłumów na kolejnej granicy prawie zawsze wygląda tak samo: trzech-czterech poddenerwowanych pograniczników wlecze na środek drogi dawno nieużywany znak zakazu i odbiera sprzeczne komunikaty: idzie tysiąc, dziesięć, piętnaście. Telewizyjne furgonetki i busy z wolontariuszami wyprzedzają tłumy maszerujące poboczem drogi, oślepiając je długimi światłami. Strażnicy odganiają dziennikarzy i pokrzykują, a potem zostają znów sami ze swoją dezorientacją, więc wracają do nich skruszeni i pytają o jakieś wiarygodne liczby.

Niepokój udziela się mieszkańcom przygranicznych miejscowości, którzy śledzą histeryczne doniesienia medialne. A potem – kiedy przyjdzie decyzja z góry, a oczekiwanie na nią najczęściej oznacza dla tysięcy noc spędzoną na bezpaństwowym, zimnym asfalcie, bliźnie po matce Jugosławii – uchodźcy wpuszczeni zostają do kolejnego państwa. Czasem jest to kilka osób, czasem kilka tysięcy, które idą do najbliższej miejscowości i przygotowują się do snu lub ruszają w dalszą podróż. Nie ingerują w życie mieszkańców. Kiedy już wejdą, po niepokoju nie ma śladu: lokalna ludność i policja są pomocni i serdeczni, a przynajmniej neutralni.

W latach pięćdziesiątych stworzono definicję uchodźcy i zawarto ją w Konwencji Genewskiej. Nikt nie przypuszczał, że do Europy zapuka kilkaset tysięcy ludzi. Dziś wyraźnie widać, że podwaliny cywilizacji europejskiej stanowią procedury, a nie idee. A procedury na wędrówkę ludów nie istnieją. Nie istnieje też prawo, które odpowiadałoby na niewydolność innego prawa (konieczność złożenia wniosku o azyl w pierwszym państwie UE – zgodnie z Konwencją Dublińską – jest w obecnej sytuacji niemożliwa, a co więcej, zawieszona). Nie istnieją wreszcie instytucje, które byłyby w stanie objąć opieką nieokreśloną ilość ludzi w nieokreślonym miejscu. I tutaj zaczynają się schody.

Bo jeśli wśród uchodźców wybucha jakiś bunt – wybucha tam, gdzie dzieje się coś niewytłumaczalnego. Bo jak wytłumaczyć oczekującym pomocy ludziom, że ciepłych zup od Czerwonego Krzyża było tylko trzydzieści, a holenderscy wolontariusze dowieźli tylko piętnaście namiotów, albo że wczoraj granica była otwarta, fejsbuk pęczniał pozdrowieniami z kolejnego kraju, a dziś jest zamknięta i blokują ją ludzie w mundurach i karabinami („gdzieś już taki outfit widziałem”). Dlaczego jedni otrzymują pomoc, a drudzy nie? Dlaczego jednym uchyla się kordona, a drugim nie? Jaki jest klucz? „Czy Austriacy wolą Afgańczyków od Syryjczyków”?

Problem w tym, że żaden. Czasem są to kobiety i dzieci, ale wtedy kończy się to tak, że samotni mężczyźni zostają z niczym albo – jeśli mowa o wpuszczeniu do państwa – zostają na granicy sami, oddzieleni nie tylko od swoich rodzin, ale i od odpowiedzialności za nie. Czasem są to ci, którzy dopchną się pierwsi, co przyzwala na prawo dżungli. A czasem policja ulega jednej czy drugiej histerii, jednemu czy drugiemu omdleniu, bo wie, że patrzą na nią kamery albo zwyczajnie nie może wytrzymać i okazuje litość. Ten sam błąd popełniają wolontariusze, dlatego w Tovarniku (serbsko-chorwacka granica) koordynację pomocy humanitarnej powierzono Czerwonemu Krzyżowi, instytucji tyleż zorganizowanej i doświadczonej, ile zbiurokratyzowanej i niewydolnej.

Tak było na granicy serbsko-chorwackiej, chorwacko-słoweńskiej oraz  słoweńsko- i węgiersko-austriackiej, dzień po dniu. Na tej ostatniej najmniej, bo na terenie Austrii na uchodźców czeka doraźna – nie długoterminowa, ale doraźna – organizacja pomocy. Znaczy to tyle, że wiadomo, dokąd skierować tłum ludzi. Ale dalej nie wiadomo, jak go posegregować.

Austriaccy policjanci i żandarmi nie integrują się z uchodźcami tak jak Jugole i nie popełniają przez to błędu selektywnej empatii. Zachowują dystans i nie udzielają informacji. W tłumie co chwilę pojawia się plotka, że gdzieś podjechali taksówkarze albo podstawiono autobus. Austriacy wrzeszczą na ustawiające się co chwilę w innym miejscu kolejki, że mają siedzieć na ziemi i się nie ruszać albo raus na koniec, informując jednocześnie dziennikarzy, że mogą wśród siedzących ludzi stać. Niektórzy uchodźcy oglądali ten czy inny film o drugiej wojnie światowej i podśmichują się z kamiennej postawy Austriaków, reszta siedzi przestraszona. Klasyczna dla Austriaków postawa: „taki dostałem rozkaz”, „ja nic nie wiem”, „dopiero przyszedłem na zmianę”. Która jest lepsza: zachodnia czy bałkańska? Pewnie żadna. Ale innej nie ma.

Ale kiedy kolejny przypadkowo dobrany tysiąc zostanie przepuszczony, czeka nań inny świat, bo Wiedeń postanowił chwilowo ukryć swoją stereotypowo konserwatywną twarz. Uchodźcy pakowani są pod prysznice i do łóżek, a kilkuset wolontariuszy ma do dyspozycji nie tylko budę na wodę i studenta medycyny, ale i niezłą infrastrukturę dworcową, w której zorganizowano tematyczny magazyn, punkt pierwszej pomocy, centrum prasowe i dział social media. Pohipokrycić na wiedeńskim Hauptbahnhof przyjeżdżają nawet prawicowi politycy. Życie miejskie nie gapi się na uchodźców, którzy – ubrani w najnowsze dary, czyli te z europejskich sieciówek – nie odróżniają się od Wiedeńczyków.

Kaja Puto

P.S. Niektórzy wbrew wcześniejszym planom postanowili zostać w Austrii, choć jeszcze w domu słyszeli opinie, że to zaściankowy i ksenofobiczny kraj.  Do Polski tym bardziej się nie wybierają.

KOMENTARZE