Home / Baklava / „Zamiast pomocy ze strony świata, spotkamy się z agresją” – sztuka straszenia po macedońsku
Źródło: alo.rs
Źródło: alo.rs

„Zamiast pomocy ze strony świata, spotkamy się z agresją” – sztuka straszenia po macedońsku

Ten tekst miał być o czymś innym. Chciałem pokazać jak wydarzenia w Macedonii są ukazywane w krajach sąsiednich, zwłaszcza w Bułgarii. Zastanawiałem się, czy zaszłości historyczne przeplecione doświadczeniami zarówno pozytywnymi i negatywnymi, mają bezpośrednie przełożenie na podejście Bułgarów do trwającego w Macedonii kryzysu. Przejrzałem kilkanaście bułgarskich relacji i stwierdzam, że nic szczególnie ciekawego nie znalazłem… dopiero krótki news w jednym z bułgarskich portali informacyjnych nakierował mnie na coś co sprawiło, że włosy zjeżyły mi się na głowie.

Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że podobne rzeczy czytam i widzę na co dzień w Polsce.

Właśnie o Polsce, ale także Macedonii i kilku innych, bliskich nam krajach będzie ten tekst.

 

Europa porwana do psychuszki

Milan Kundera swój esej o Europie Środkowej zaczynał od opowiedzenia historii z 1956 roku o dyrektorze węgierskiej agencji informacyjnej, który wysłał depesze kończącą się słowami Zginiemy za Węgry i za Europę. Ja z kolei zacznę od historii sprzed kilku dni, kiedy to opozycja w Warszawie zgromadziła się pod hasłem jesteśmy i będziemy w Europie. Kundera zastanawia się w swoim eseju, co właściwie oznaczało zdanie sformułowane przez wspomnianego Węgra i dochodzi do pięknych wniosków. Kiedy ja się zastanawiam, co oznacza hasło naszej opozycji, dochodzę do jednego, brutalnego: kompletnie nic. Jeżeli zrozumiemy, że Europa to coś więcej niż autostrady i tabliczki z napisem sfinansowano ze środków unijnych, wówczas okaże się, że w żadnej Europie nas nie ma, a zaklinanie rzeczywistości powoływaniem się na doświadczenia przedrozbiorowe nic tu nie pomoże. O ile jeszcze 10 lat temu nie było większych wątpliwości co do naszej determinacji w procesie doganiania zachodu, dzisiaj jakby zbyt przyzwyczajeni i częściowo znużeni wszystkimi europejskimi projektami i planami, machamy na Europę ręką i wracamy do starych przyzwyczajeń, że nikt nam nie będzie mówił jak mamy żyć. A już na pewno nie Niemcy. Jednak – czy Polskę obchodzi Europa? Europa, która sięga nieco szerzej niż między Odrę a Pireneje i wymaga czegoś więcej niż machania niebieską chorągiewką ze złotymi gwiazdkami?

Temat rządowego kryzysu w Skopje, który z jednej strony paraliżuje państwo, a z drugiej coraz bardziej mobilizuje społeczeństwo Macedonii do podjęcia walki o swoje prawa, w Polsce jest nieobecny. Żyjemy własnymi kryzysami, własnymi manifestacjami. Własny nepotyzm, branie całej władzy w garści i opychanie się nią interesują nas szczególnie mocno. Z jednej strony to oczywiste, że własne podwórko zajmuje nas najbardziej, zwłaszcza kiedy ktoś próbuje je zamienić w prywatny folwark łamiąc przy tym jako tako obowiązujące dotychczas reguły. Z drugiej strony, lubimy myśleć, że jesteśmy wyjątkowi, że cała Europa patrzy na nas z zatroskaniem, że oto za moment Warszawa dołączy do mrocznego bastionu, który do tej pory miał swój przyczółek jedynie w Budapeszcie. Tylko Warszawa brunatnieje, a obrońców wolności i demokracji czeka kolejne wyzwanie rzędu cudu nad Wisła, czy odsieczy pod Wiedniem. Tym razem Warszawa musi zatrzymać faszystów.

Jednocześnie bardzo niewielu z nas ma pojęcie o tym, co się dzieje w sąsiednich krajach. Do porządku dziennego przechodzimy z informacjami przypadkowo podanymi przez media, że w prezydentem Czech jest komunista, któremu bardziej do twarzy w breżniewowskim garniturze niż z flagą europejską. Tym bardziej nie interesuje nas Słowacja rządzona przez “lewicę”, której nie przeszkadza koalicja z narodowcami i która bardzo chętnie zagląda ludziom do łóżka, czy czasami nie śpią z osobą tej samej płci. Zostawmy Węgry, zapomnijmy na chwilę o Ukrainie (choć i tak chyba już to zrobiliśmy), spójrzmy szybko na Mołdawię, która od kilku lat boryka się z kryzysem politycznym, który prowadzi do kolejnych zmian władzy, która koniec końców okazuje się być przynajmniej tak samo zdemoralizowana. Ostatni raport Freedom House potwierdza ten szaro-brunatny obrazek. Wniosek jest prosty: demokracja przestaje być dla większości krajów w regionie wartością nadrzędną. Nie chodzi mi tutaj o ocenę faktycznego stanu demokracji w danym państwie, ale o poszanowanie idei jako takiej. Jeżeli kiedyś demokracja była naszym celem, warto się zastanowić, co tym celem jest dzisiaj, kiedy formuła oparta na kompromisach i poszanowaniu wielu racji jest dzisiaj co raz hałaśliwej kwestionowana.

Cały nasz region, jeszcze nie tak dawno, śmiałym krokiem szedł ku Europie, jej wartościom i modelowi życia. Dzisiaj sen intelektualistów poprzedniej epoki się spełnia: idea Europy Środkowej przeżywa renesans. Europa Środkowa, upojona echem swojego dawnego bogactwa wyraźnie dziś mówi, że nie należy ani do wschodu ani do zachodu. Niestety, środkowo-europejskość ta nie ma w sobie nic z Milana Kundery, czy Franza Kafki. Brakuje jej dystansu Havla i żartów Haška. Środkowo-europejskość oznacza dzisiaj destabilizację, rozdrobnienie i kompletną nieumiejętność współżycia z innymi. Spełnia się koszmar, który trafnie zdiagnozował Danilo Kiš:

Bezwzględne wartości – estetyczne, etyczne itd. – istnieją jedynie względnie. I to – zasadniczo – właśnie w tym sensie nacjonalizm jest reakcyjny. Wszystko, co ma jakiekolwiek znaczenie, to być lepszym niż własny czy przyrodni brat, reszta jest nieistotna. Skakać może nie za wysoko, ale byle wyżej niż oni; inni się wcale nie liczą. […] Cele stawiane przez nacjonalizm są zawsze w zasięgu ręki. W zasięgu ręki, bo skromne, skromne, bo skąpe. Nie idzie się skakać czy pchać kulą po to, by pokonać siebie, ale jedynie po to, by pokonać tych, o których chodzi, tak podobnych, a tak różnych, z których to przyczyny stanęło się do zawodów. […] Brat wywołuje w nim grozę egzystencjalną, patologiczną; jako że zwycięstwo wroga obranego oznacza klęskę totalną, zagładę własnego jestestwa. […] Zwycięstwo nad wrogiem obranym, nad nimi, jest zwycięstwem totalnym. Oto zwycięstwo, zwycięstwo zawsze pewne i nigdy ostateczna porażka.

Oczywista pogarda do wschodu i sceptycyzm wobec zachodu sprawił, że promujemy dziś odgrzewany projekt międzymorza, projekt zakładający, że obrażalskie, miałkie, a co gorsza, dalekie od poczucia estetyki w zakresie przestrzegania norm prawnych państwa, staną się alternatywą dla Unii Europejskiej. Tylko czy mieszkańcy “Paryży wschodu” idąc do ołtarza bez miłości, a z rozsądku (w swoim mniemaniu), są w stanie realnie odrzucić wszelkie historyczne zadry, którymi tak pięknie karmią krajan? Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia – wystarczy spojrzeć na ich historię, na sposób narracji i jej wykorzystanie w życiu politycznym żeby zrozumieć, że żadne partnerstwo nie jest możliwe, dopóki władze tych państw nie zerwą z martyrologiczną wizją narodu rodem z epoki romantyzmu, jedynie powierzchownie przystosowanej do czasów współczesnych.

Ostatnio jeden z moich kolegów, Maciej Zaniewicz, w tekście Czy Polska stanie się Rosją Europy Środkowej postawił tezę, że obecna wizja współpracy w regionie propagowana przez Polskę jest tym samym produktem co ruski mir tylko w środkowo-europejskim opakowaniu. Choć nie podzielam optymizmu, jaki zawarł w opisie polskiej transformacji, ani nie uważam jej za szczególny sukces, nie mogę się nie zgodzić z tym napisał: Polska polityka (zagraniczna) ulega rusyfikacji. Być może nie wiemy co znaczy własna droga, czy niezależna polityka, a jedyne co umiemy, to powielać wzorce silniejszych? Tylko dlaczego tym razem sięgnęliśmy po jeden z najgłupszych i najbardziej niehumanistycznych? Stawianie spraw na ostrzu noża za którymś razem musi wreszcie sprawić, że sami się skaleczymy.

Idziemy dzisiaj ścieżką, której zawsze unikaliśmy. Co gorsza idziemy nią dobrowolnie, ale nie do końca świadomie, co jednak nie będzie żadnym usprawiedliwieniem kiedy dojdziemy do etapu zamordyzmu, za którym jest tylko ściana. Marnym pocieszeniem jest fakt, że nie idziemy tą drogą sami.

 

Nie tak daleko z Warszawy do Skopje

Scena polityczna zdominowana przez dwie partie. Arogancja władzy, podporządkowanie mediów, a do tego brak wśród klasy politycznej wyraźnej wizji wybiegającej po za doświadczenia wyniesione z ubiegłej epoki. Prezydent uniewinnia działaczy politycznych swojej partii, na ulicach demonstrują tysiące ludzi. Rząd kwestionuje praworządność władzy sądowniczej. A do tego jeszcze źli sąsiedzi, którzy mają wpisane w swój kod genetyczny czyhanie na nas, żeby wbić nóż w plecy w najmniej spodziewanym momencie. Z drugiej strony deklaracje: chcemy należeć do Europy.

Nie ma znaczenia, czy otworzymy gazetę wydrukowaną w Polsce czy w Macedonii. W obydwu przeczytamy dokładnie te same sformułowania. Próżno szukać jakieś zagubionej w zawierusze dziejów więzi pomiędzy naszymi narodami. Wywodzimy się z różnych doświadczeń, z różnych dróg do niepodległości i demokracji. Nasze idee narodowe powstawały w różnym czasie i w różnych warunkach. Nawet socjalizm wyglądał inaczej.

Jednak ciężko poczuć się obco, czytając lamenty młodych Macedończyków, świeżych intelektualistów i dziennikarzy, którzy piszą, że ich beznadziejne położenie każe im wybierać między takimi samym badziewiem, tylko inaczej zapakowanym; którzy mówią, że opozycyjny SDSM tylko wygra wybory a okaże się być taką samą hydrą jaką od kilku lat jest VMRO-DPMNE. Dlatego wielu protestuje dzisiaj nie tylko pod siedzibą rządu, ale również pod siedzibą opozycji, która odmawia udziału w najbliższych wyborach twierdząc, że zostaną sfałszowane. Macedońską tradycją jest to, że partia przegrywająca mówi, że wybory sfałszowano, dopiero to zwycięskie okazują się być najmniej sfałszowane. Nie ma wątpliwości, że przepisy wyborcze w kraju nad Vardarem sprzyjają fałszerstwom wyborczym. Jednak równie wyraźne jest to, że opozycja nie ma wystarczającego poparcia aby wybory wygrać. Z jednej strony dlatego, że straciła zaufanie, z drugiej strony dlatego, że partia rządząca skutecznie zrealizowała i realizuje nadal politykę w myśl hasła raz zdobytej władzy nie oddamy.

Kiedy społeczeństwo jest upodlone na tyle, że nie ma pracy, perspektyw, a większość państwowych pieniędzy spływa do kieszeni jego zarządców, nie pozostaje ludziom wiele więcej niż duma. Jednak duma ta objawia się w dwojaki sposób, a widzimy to szczególnie dobrze na przykładzie macedońskim. Widać, że ludzie tłumnie wychodzący na ulicę, aby powiedzieć “dość” zdegenerowanej klasie politycznej robią to w obronie tego, z czego są dumni. Nie ma sensu mieszać w to górnolotnych pojęć jak ojczyzna, historia etc. Są dumni z tego, co osiągnęli jako zwykli ludzie, jako rodzice, pracownicy. Tych wartości chcą bronić przed państwem, które krok po kroku odbiera im powody do tego, aby z uniesioną głową mogli powiedzieć “Jestem Macedończykiem, jestem z tego powodu dumny, ale przede wszystkim szczęśliwy”. Państwo woli promować inny rodzaj dumy, tej ubranej w patetyczne sformułowania i wyidealizowaną, oraz usłużną politycznym celom, narrację historyczną. Niestety wielu ludzi się na to łapie, stawiając wyimaginowaną siłę państwa, interes narodowy ponad swoje cele i potrzeby. Nie chodzi tu wcale o promocję egoizmu, ani pochwałę zachowań ludzi, których dobry status materialny pozwala odciąć się od społecznych bolączek. Chodzi o manipulacje, której poddawani są każdego dnia ludzie w Macedonii, ale również i w Polsce.

Macedonia miała swoje Skopje 2014, my mamy swoją politykę historyczną, która równie skutecznie zmienia przestrzeń miejską zmieniając nazwy ulic i burząc pomniki, zastępując je nowymi bohaterami, którzy bardzo często są przynajmniej równie kontrowersyjny co ich poprzednicy. Jednak to Macedończycy są o krok do przodu przed nami. Choć wszelkie wskaźniki ekonomiczne czy polityczne mówią co innego, to właśnie w tym zacofanym w rozwoju, zapomnianym przez świat społeczeństwie rodzi się masowa myśl, aby zerwać z dawnym układem władzy nie popadając jednocześnie w prawicową radykalizacje, która neguje wszelkie osiągnięcia Europy, które ludziom na zachodzie pozwalają żyć bez większych trosk. Być może Macedończycy dzisiaj są tak jak wspomniany szef agencji informacyjnej z Węgier: bronią swojego kraju nie zapominając o wartościach europejskich. My jeszcze nie rozumiemy, że taka droga istnieje.

W trakcie tarć politycznych to, czym próbuje bronić się władza, to strach. Wystarczy przypomnieć sobie naszych polityków z formacji rządzącej, której nazwa jest obecnie najlepszym wyrazem cynizmu i kpiny, mówiących o odwiecznie antypolskich Niemcach, którzy tylko czekają aby nas skolonizować, albo przynajmniej całkowicie podporządkować. Macedończycy też mają swoich Niemców, do tej pory myślałem, że są nimi Albańczycy, okazało się, że byłem w błędzie. Niemcami dla Macedończyków są Bułgarzy, od których zaczął się ten tekst.

 

Hej Bułgarze, łapy precz!

Przeglądając bułgarskie informacje o protestach w Macedonii trafiłem dość szybko na nagłówki, w których przewijało się, budzące od zawsze na Bałkanach kontrowersje, słowo konfederacja. W ten sposób trafiłem na tekst bułgarskiego profesora, Stefana Wlachowa Micowa, od którego zaczęło się całe zamieszanie.  Cały jego tekst, zatytułowany Ręce precz od Macedonii bez większych wątpliwości można wpisać do kanonu pisarstwa propagandowego. Zero faktów, dużo ideologii, skrótów myślowych (które przecież każdy zrozumie), oraz straszenia odwiecznym wrogiem.

Dlaczego w ogóle warto pochylić się nad tekstem Micowa, człowieka, który pewnego razu zrobił awanturę w albańskiej telewizji w Macedonii, że nie mówią tam po macedońsku, tylko po albańsku? Otóż jest on moim zdaniem kwintesencją rządowej propagandy stosowanej od wielu lat. Okazało się, że po zeszłorocznych starciach w Kumanovie, Albańczycy najwidoczniej nie mogą już odgrywać głównej roli straszaka, choć oczywiście warto o nich czasami wspomnieć, zwłaszcza, że organizacje albańskie coraz częściej demonstrują ręka w rękę z macedońską opozycją. Co pisze Micow? Między innymi:

Według przygotowanego na zachodzie “scenariusza ukraińskiego” naród musi zostać zniszczony przez antypaństwowy i antymacedoński rząd, który dokona likwidacji państwa i tożsamości. Taki scenariusz może zostać zrealizowany tylko i wyłącznie poprzez wojnę domową albo agresje zbrojną z zewnątrz. To właśnie takiemu obrotowi spraw stara się zapobiec prezydent Ivanov, które życie podobnie jak życie Nikoli Gruevskego, znalazło się na “linii ognia”.  Agresja jest tym bardziej realna, że mimo dobrego wynagrodzenia dla uczestników protestów (wahają się one między 100-300 euro za dzień) ich siła zdecydowanie słabnie. Same pensje dla protestujących kosztują Sorosa więcej niż cały projekt “Skopje 2014”.

Cały tekst można by uznać za ponury żart, albo brednie desperata, które należy włożyć między bajki. Jednak z drugiej strony, czy to nie takie bajki o międzynarodowych spiskach, wynaradawianiu Polaków i zagrożeniu rosyjsko-niemieckim wyniosły do władzy dzisiejszych rządzących? Czy gdyby nie setki tego rodzaju tekstów w usłużnych mediach, czy ten sukces byłby możliwy? Być może tak, jednak prawdziwym problemem jest to, że zasiane ziarna nienawiści zaczynają zakwitać. To samo może wydarzyć się w Macedonii. Micow w swoim kilkustronicowym tekście dowodzi, że kraj jest otoczony przez sąsiadów, którzy dążą do jego zniszczenia. Pisze o Grekach, którzy zalewają Macedonię uchodźcami, o terrorystach i szantażystach politycznych z Kosowa i Albanii, no i wreszcie o Bułgarach, którzy rzekomo chcą wykorzystać obecny kryzys poprzez doprowadzenie do stworzenia konfederacji obydwu państw. Oczywiście zdaniem Micowa, obecny rząd VMRO-DPMNE własną piersią chroni Macedończyków przed tą narodową tragedią, za którą stoi nikt inny jak George Soros i usłużne wobec niego UE i USA.

Argumenty, które stosuje do złudzenia przypominają te, które stosowano podczas ukraińskiego majdanu. Protestujący wychodzą na ulice za pieniądze, a co więcej nie robią tego świadomie, bo są zmanipulowani przez państwa zachodnie, które chcą sobie Macedonię podporządkować. Tu właściwie powinniśmy wrócić do kwestii dumy, bowiem jakim ważnym i silnym państwem musi być Macedonia, że wszyscy w koło chcą ją zniszczyć. Jakby historia zaplatała koło, a uciemiężony naród musiał ponownie powstać, aby przepędzić swoich oprawców. Czy taka piękna, pełna odwagi historia nie jest wystarczającym powodem do dumy? Czy naprawdę potrzeba przyzwoitego zarobku, stałej pracy i perspektyw na rozwój, żeby być dumnym, kiedy jest się potomkiem wielkiego Aleksandra?

Żeby doprowadzić do zniszczenia Polski spiskuje kanclerz Merkel, nad upadkiem Macedonii czuwa bułgarski premier Borisow. Na wszystko oczywiście daje pieniądze Soros. Co z tego właściwie wynika? Chyba tylko tyle i aż tyle, że ogarnęła nas paranoja, która jest częścią większej histerii panującej w postkomunistycznej Europie. Pojawia się pytanie, co my jako obywatele zrobimy: czy zachowamy dumę pozytywistyczną, czy zadowolimy się nacjonalistyczną papką, która prędzej czy później doprowadzi do gnębienia każdego, kto choć odrobinę odstaje od przyjętego wzoru?

Ludzie pokroju Micowa nierzadko rozumieją strach i przemoc, nie biorąc żadnej odpowiedzialności za swoje słowa. Pozwalają sobie w sposób dowolny szafować oskarżeniami, snuć insynuacje i naginać fakty pod swoje tezy. Machina przemocy, którą tym samym napędzają wcale ich nie interesuje. Być może powinniśmy od ludzi wykształconych, takich jak profesor Micow, wymagać większego wyczucia w słowie, tak jak od poetów wymagamy większej wrażliwości na świat, a od reżyserów idealnego wyczucia estetyki w prezentowanym obrazie. Piszę być może, bo doskonale wiem, że historia zna poetów morderców i reżyserów, którzy swoje umiejętności kadrowania wykorzystują do efektywnego wysadzania mostów. Znamy takich ludzi również na Bałkanach z czasów ostatniej wojny; jednak nie musimy aż tam szukać poetów i intelektualistów, którzy usłużnie złożą hołd władzy i będę legitymizować, albo przynajmniej relatywizować przemoc i nienawiść. Kundera swój esej kończy słowami: bunty środkowo-europejskie mają w sobie coś konserwatywnego, powiedziałbym prawie anachronicznego: usiłują rozpaczliwie wskrzesić przeszłość kultury i epoki nowożytnej, gdyż tylko w takiej epoce, tylko w świecie, który zachowuje wymiar kulturalny, Europa środkowa może jeszcze bronić swej tożsamości i być postrzegana taką, jaką jest.

Kiedy patrzę na Macedonię mam nadzieję, że ta chorobliwa karuzela kręcąca się wokół narodowego egoizmu zostanie wreszcie przerwana, że zwyciężą te ruchy, które mówią „dość” opowiadaniu politycznych baśni i wycieraniu sobie ust wartościami europejskimi. Macedonia łączy w sobie charakterystyczną dla Europy Środkowej wielokulturowość o setkach lat tradycji. Choć ciężko uznać Macedonię za kraj środkowo-europejski, należy przyznać, że jest na tej samej drodze do Europy co my, albo przynajmniej niewiele dalej. Członkostwo w Unii okazuje się, nie wystarcza, by móc powiedzieć “jesteśmy Europą”, i żeby było w tych słowach więcej sensu niż w hasłach polskiej opozycji.


Kamil Hyszka

KOMENTARZE