Home / Kultura / Muzyka / Zmierzch turbofolku

Zmierzch turbofolku

Termin turbofolk został ukuty przez czarnogórskiego muzyka, Rambo Amadeusa, na określenie muzyki, łączącej wpływy zachodniego disco i dance z elementami bałkańskiej muzyki narodowej, regionalnej…

Turbofolk nie jest jednorodnym gatunkiem muzycznym, nie tylko przez różnice w typach regionalnej muzyki rejonu bałkańskiego, ale także ze względu na procentowy udział bałkańskiej muzyki eks-Jugo. I tak pojawiały się nagrania, w których wpływ muzyki etnicznej był bardzo silny, ale i takie, które w minimalnym stopniu czerpały z folkowych korzeni. Czym jest turbofolk? I czy dalej jest popularny?

Termin turbofolk został ukuty przez czarnogórskiego muzyka Rambo Amadeusa na określenie muzyki, łączącej wpływy zachodniego disco i dance z elementami bałkańskiej muzyki narodowej, regionalnej. Żartobliwe, a nawet lekko pogardliwe, określenie Amadeusa przyjęło się głównie wśród przeciwników tego trendu muzycznego oraz wśród obcokrajowców, nigdy jednak nie wyparło wcześniejszego określenia – narodnjačka muzika. Jugosłowiańska muzyka chodnikowa jest trudna do scharakteryzowania dla mieszkańca Europy Zachodniej, z jednej strony nazwa turbofolk może być synonimem nowokomponowanej muzyki ludowej – NML (i to spojrzenie, mimo że jest ogromnym uproszczeniem, jest najpopularniejsze), z drugiej zaś pojawiają się głosy mówiące, że muzyka NML jest matką turbofolku, sam turbofolk jest czysto serbskim wynalazkiem, a kojarzenie chorwackiego zespołu Colonia z tym typem muzyki jest zbrodnią.

Lepa Brena /balkantravellers.comZatem zacznijmy od początku, pod koniec lat 70 pojawiła się nowokomponowana muzyka ludowa. Początkowo nie cieszyła się szczególnym powodzeniem, jednak popularność stopniowo rosła, by w połowie lat 80 narodnjackie szaleństwo ogarnęło cały kraj. Parkiety należały bezapelacyjnie do Lepej Breny i innych jej podobnych. Gatunek ten stał się oczkiem w głowie władzy w Belgradzie, wszak muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale może być też świetną maszynką indoktrynacyjną. Oczywiście oficjalnie rząd jugosłowiański walczył z turbofolkiem. Minister Nada Popović-Perišić nawet starała się nałożyć specjalny podatek nie tylko na nagrywanie turbofolku, ale też na magazyny z kasetami. Mimo to, jak grzyby po deszczu wyrastały nowe zespoły, grające niewybredne połączenie folku i zachodniego disco, a później dance.  I ta sielanka sławiąca pola, łąki, piękne kobiety, silnych mężczyzn trwałaby dalej, gdyby nie rozpad Jugosławii. Muzyka narodnjačka jak Jugosławia długa i szeroka przepoczwarzyła się, dodano mocniejsze basy, silniejszy bit, klimat Eurodisco. Oficjalnie w Chorwacji, Bośni, Macedonii, a także w Serbii na określenie ludowych twórców disco-dance używano formy Narodnjaki. Tymczasem Chorwaci, Bośniacy, Macedończycy z uporem twierdzili, że u nich dalej gra się muzykę narodnjačką, a w Serbii turbofolk. Muzyka nie różniła się niczym, w obu przypadkach była to po prostu niezbyt wyrafinowana mieszanka zachodu z wschodem (bałkańskie trąbki, arabskie, tureckie zaśpiewy, czy śpiew na vibrato, akordeon, a do tego wszystkiego zachodnia mini wokalistki oraz głęboki dekolt,  panowie w czerni i skórach). Jednak to właśnie serbski odłam narodnjački określono pejoratywnym określeniem stworzonym przez Amadeusa. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o… Pieniądze? Częściowo, gwiazdy turbofolku często wiązały się z mafią. Jednak tutaj ważną rolę odegrało  mocno nacjonalistyczne podejście serbskich gwiazd tamtych lat do tekstów, które wyśpiewywały. By przypomnieć jeden z najważniejszych hitów tamtych lat – Jugoslovenkę – i fragmenty tekstu: Oči su mi more Jadransko, kose su mi klasje Panonsko, setna mi je duša Slovenska, ja sam Jugoslovenka.

Tak narodził się turbofolk. I choć formalnie pod względem muzycznym nie różnił się od ówczesnych chorwackich narodnjaków (dzisiejsi chorwaccy twórcy tego gatunku sięgają już po tematy dalmatyńskie), warstwa tekstowa jeszcze silniej dotykała tematyki bogoojczyźnianej, sławiąc kraj Słowian południowych. Dlaczego to Serbowie najaktywniej piali peany pod swojskie umpa-umpa na cześć dobrobytu jugosłowiańskiego?

To Serbom najbardziej zależało na utrzymaniu status quo oraz pozostawieniu nie tylko dawnego ustroju, ale państwa w granicach z 1950 roku. Serbom, a także obywatelom jugosłowiańskim, takim jak Lepa Brena, karierę umożliwiła serbska publiczność, serbska (jugosłowiańska?) władza, pochodzenie bośniackie nie grało roli. Była Jugosławia to region, w którym nie zawsze czarne jest czarne, a białe jest białe.

Turbofolk w czasach wojny w Bośni był przez Chorwatów i Bośniaków nazywany muzyką szowinistyczną, nacjonalistyczną, a ówczesne diwy serbskiej sceny muzycznej porównywano z gwiazdami nocnych klubów w III Rzeszy. Sprawiedliwie czy nie, faktem jest, że w tamtych czasach kuso odziane długonogie panie świeciły cekinami, stojąc obok jugosłowiańskich generałów i pułkowników. Zorica Marković śpiewała o tym, że chce prać mundury żołnierzy i gotować im strawę, Jelena Karleuša (do niej jeszcze wrócimy!) w liście do Slobo pisała, że kochają go wszystkie serbskie kobiety.  Oczywiście nie można zapomnieć o największej gwieździe turbofolku – Cecy. Ceca wraz z Karleušą zmieniły serbską muzykę rozrywkową nie do poznania i nie chodzi tu o kwestie smaku muzycznego, wyrafinowania, czy szczególnie wartościowych tekstów. Wraz z pojawieniem się na dobre na scenie obu tych pań nastąpiła kolejna faza rozwojowa turbofolku – pornofolk. Muzycznie pojawia się więcej przesterów, częściej przypomina to łupankę zachodnioeuropejską (niemiecki zespół Scooter jest dobrym porównaniem, chorwacka grupa Colonia także stosuje podobne zabiegi dźwiękowe, ale turbofolku nie gra). Pornofolk i turbofolk to w zasadzie jedno i to samo (rzewne ballady, niezawodne vibrato, pojękiwania nadające orientalnego smaku). Jednak to nie muzyka stała się podstawą do nietypowego określenia omawianego gatunku muzycznego, a zachowanie artystek. Roznegliżowane, wyzywające, długonogie boginie, nie zawsze czysto śpiewające, stały się nową jakością w muzyce rozrywkowej. Wszystko to zaprawione sporą dawką silikonu (Belgrad został na jakiś czas europejską stolicą chirurgii plastycznej). Ceca stała się mistrzynią w tworzeniu swojego wizerunku, fotografowała się z ówczesnym serbskim bohaterem narodowym, Żeljko Raznjatoviciem ps. „Arkan”, który dziś nazywany jest  po prostu zbrodniarzem wojennym. Pochwalała działania serbskiej polityki, zachwycała się kunsztem żołnierzy. Piosenki Cecy, jak i jej zachowanie dalekie były od ideałów, które stworzyła kilka lat wcześniej Lepa Brena, nie śpiewała już o urodzie jugosłowiańskiej, raczej krzyczała na koncertach o serbskiej sile. Pornofolk miał bowiem odcień nacjonalistyczny. Co ciekawe, w czasach galopującej inflacji dzięki turbofolkowi przemysł fonograficzny był jedną z tych gałęzi przemysłu, która ucierpiała najmniej. Żeby zaś całej historii tego gatunku muzycznego nadać dodatkowych smaków, przypomnijmy, że niejednokrotnie gwiazdy turbofolku miały powiązania mafijne.

Zmiany, jakie zaszły w tym nurcie muzycznym po nadejściu ery Cecy i Karleušy, stały się nieodwracalne. Swojski akordeon, trąbki i przytup zastąpiono zachodnim bitem. Stan ten w zasadzie trwa do dziś. Oczywiście z różnym natężeniem rzeczonego bitu. Powojenna historia serbskiej muzyki chodnikowej sprowadza się głównie do tworzenia nowych gwiazd na jedną płytę, a czasem na jeden singiel. Jednak do 2008 roku niepodzielnie królową turbofolku była Ceca. Jej kariera muzyczna, a raczej muzyczno-polityczna, jest materiałem na osobny artykuł. Ważne jest to, że od czasu pierwszego albumu (1988) nie pozostawiła fanów bez żadnego wydawnictwa na dłużej niż trzy lata. A jeśli nawet pojawiały się tak długie przerwy – nadrabiała je koncertami dla wielotysięcznej publiczności (koncert na belgradzkiej Marakanie na 100 tys. fanów). Jej płyta London Mix z 2005 roku osiągnęła nakład 650 tys. egzemplarzy!
Trwało to do 2006 roku, później pojawiły się tylko koncerty na stadionach, aż do 2011 roku nie nagrała żadnego albumu. Serbska Madonna nigdy nie odżegnała się od swoich poglądów politycznych (warto wspomnieć, że została zamknięta w areszcie domowym za posiadanie broni, co powiązano bezpośrednio z zabójstwem Zorana Dzindzicia). Gwiazda stanęła po stronie konserwatywnego elektoratu Serbii, konserwatywnie podchodzi też do swojej muzyki, obstaje przy tym, co przyniosło jej sławę.

Inaczej Jelena Karleuša, żona piłkarza Duško Tošicia (od 2008 roku). Piosenkarka także nie zrobiła sobie dłuższej przerwy w karierze niż trzy lata, jednak jej sukces pozostawał w cieniu popularniejszej Cecy. Jelena nazywana jest też lubieżną królową turbofolku, co ma odzwierciedlenie w odważnych sesjach zdjęciowych, teledyskach czy dość bezpardonowym zachowaniu. Jej poglądy polityczne wyewoluowały w kierunku mocno liberalnym, w 2008 roku zabrała koronę królowej turbofolku, Cecy, która wtedy właśnie zrobiła sobie dłuższy przestój  w karierze. Krytycy twierdzą jednak, że faktyczną królową pozostaje niezmiennie serbska Madonna, Jelena zaś może być co najwyżej diwą technofolku, nowego gatunku muzycznego. Album Jeleny JK Revolution z 2008 stał się hitem we wszystkich krajach byłej Jugosławii. Wtedy też zaczęła częściej zabierać głos w sprawach politycznych i społecznych. Jest zatwardziałą homofilką, broni praw mniejszości seksualnych, a środowiska LGBT w krajach byłej Jugosławii uważają ją za swoją ikonę i opiekunkę.

Podobną drogą powędrowała Zorica Marković. W jej restauracji Hacijenda, do czasu wymalowania na ścianach restauracji antygejowskich haseł, odbywały się gejowskie imprezy,  później restaurację zamknięto.
Muzyka chałturnicza w Serbii nie tylko solistkami stoi. Pojawiły się też zespoły, takie jak Đogani czy Funky G – co interesujące – prowadzone przez braci. Zawsze jednak z atrakcyjną wokalistką. Solistów zaś jest niewielu, gdyż jest im się po prostu trudniej przebić. Dado Polumenta, Boban Rajović (Czarnogórzec) czy Milan Stanković to właściwie tylko wyjątki od reguły. Od tego nurtu zaczynał także Sasza Kovaczević, dziś odżegnujący się od związków z muzyką chodnikową.

Turbofolk jest zjawiskiem serbskim, jednak w bardzo szerokim było jugosłowiańskim znaczeniu często bywa mylony z miejscowymi scenami narodnjačkimi. Warto takie rozgraniczenie wprowadzić. Nowokomponowana muzyka ludowa (włączam w to nurt turbofolku) przeszła wiele zmian. Początkowo sama czerpała inspiracje z tureckiej arabeski, muzyki greckiej czy bałkańskich orkiestr dętych, łącząc to z nijaką muzyką disco. Całościowo przejęła cechy muzyki Eurodisco, a później techno. Jednak to serbski odłam stał się najpopularniejszy i najbardziej ekspresyjny, mimo że naznaczony piętnem nacjonalizmu. Faza pornofolku sprawiła, że właściwie każda ładniejsza dziewczyna mogła być wylansowana na gwiazdkę sezonu.

Turbofolk jest także gatunkiem silnie opresyjnym – aktywnie wpływa na rozwój sąsiedzkich narodnjačkich scen w Chorwacji, Macedonii, Bośni, Czarnogórze. Oddziaływał i nadal oddziałuje także na słoweński nurt muzyczny, nazywany czasem także turbopolką (od największego hitu zespołu Atomik Harmonik), czyli narodno – zabavną glasbę.

Mało tego, wywarł ogromny wpływ na rozwój bułgarskiej czałgi (niedawno Marta Savić, zjednoczyła siły z Azisem, śpiewając piosenki Mama oraz Vernost je prevara), greckiej laiki i albańskiej tallavy, a także rumuńskich maneli. Nie chodzi tu tylko o innowacyjne podejście do muzyki folkowej, ale o społeczne zmiany jakie ze sobą niosła, i nie chodzi tu o kwestie konserwatyzmu politycznego czy szowinizmu. Gatunek, który był wiązany z nacjonalizmem, był także nośnikiem frywolnego podejścia  do sfery erotyzmu, negliżu, obyczajności – to właśnie tak ochoczo przejęli sąsiedzi. Do tego stopnia, że o mały włos królową turbofolku nie zostałaby Chorwatka, Severina, mająca na swoim koncie seks – taśmy prawdy. Po sukcesach na rynku narodnjačkim, a później także na chorwackim rynku pop, postanowiła połączyć siły
z, niekoniecznie lubianym w Serbii, Goranem Bregoviciem. Dwa minusy dają plus i płyta z 2008 roku Zdravo Marijo, wynik współpracy Bregi i Seve, osiągnęła rewelacyjne wyniki sprzedażowe. Severina porzuciła dalmatyńskie klapy dla klimatów bardziej jugo, częściej wykorzystując sekcje dęte.  Od tamtej pory jej kariera rozwija się jednak bardziej w Serbii, niż w Chorwacji, choć i w swoim kraju miała rewelacyjne wyniki sprzedażowe. Udowodniła to także w tym roku singlem Italiana, który przez kilka tygodni był numerem jeden w Chorwacji. Chorwacki zamach na koronę królowej turbofolku jednak się nie udał.
Jak już napisałem, jedni twierdzą, że przejęła ją, idąca z duchem czasu, Jelena (ogłoszona także królową technofolku), inni zaś, że do grobu zabierze ją Svetlana Ražnatović. Rok wcześniej przejęcia próbowała dokonać serbska piosenkarka Seka Aleksić, jej piosenkę Aspirina śpiewały całe Bałkany, jednak jej także się to nie udało.

Dzisiejsza scena turbofolkowa różni się znacznie od tej sprzed dwudziestu lat, choć wróciły gwiazdy z tamtych lat. Współczesnej scenie popfolkowej często całkowicie brakuje elementów typowych dla serbskiej muzyki chodnikowej (trąbki, akordeon), co widać w najnowszych nagraniach Lepej Breny. Czasem uwidaczniają się częściowe odwołania do korzeni turbofolku, jednak to tylko uzupełnienie zachodniego bitu i basu (Neda Ukraden, Ana Kokić, Ana Nikolić). Co jakiś czas pojawiają się nowe gwiazdy, promowane przez sieć telewizyjną PINK – Goga Sekulić (bardzo chętnie sięgał po elementy muzyki romskiej), Dunja Ilić , Milan Stanković.
Swoją drogą, telewizja PINK stworzyła własny format telewizyjny na zasadach Idola – Zvezde Granda, mający wyłonić nowe gwiazdy serbskiej (eks-Jugo) sceny turbofolkowej, jednak w założeniu w duchu kanonicznym. To ten program dał Serbii takie postaci jak Milan Stanković czy Tanja Savić. Gdyby jednak młodzi wokaliści próbowali swoich sił na rynku z archaiczną wersją tego gatunku, nie zdołaliby zająć miejsca takich artystek, jak: Natasza Bekvalac, Ana Kokić, Anabela, czy Milena Ćeranić. Gwiazdy Zvezde Granda albo rewidują podejście do oldschoolowego turbofolku, jaki odtwarzają, albo przepadają bez słuchu.

CecaScena muzyczna znów przypomina stan sprzed ogłoszenia ery serbskiego turbofolku. Wraca klimat jednej, jugosłowiańskiej, narodnjackiej muzyki. Piosenki Nedy Ukraden (Na Balkanu, Ovo je najbolji klub u gradu) są hitami zarówno w Serbii, jak i w Bośni i Chorwacji.

Dziś jedynie Ceca twardo trzyma się kursu, który obrała ponad dwadzieścia lat temu, jej najnowsza płyta z 2011, Ljubav Živi, może nie była najlepiej sprzedającym się albumem na Bałkanach, ale publikę Svetlana ma wierną. Jej twórczość nie zostanie zapomniana. Nie musi o sobie przypominać eksponowaniem piersi (jak robiła to kiedyś) czy skakaniem z trupią czaszką na głowie. Królowa jest tylko jedna.

About Piotr Kondrak

Piotr Kondrak – Fascynat, wariat, spamer. Studiował słoweński i macedoński na Uniwersytecie Śląskim. Uzależniony od portali społecznościowych i muzyki.
KOMENTARZE