Home / Polityka / Bezpieczeństwo / Zza żółtego paska 2: relacja z serbsko-chorwackiej granicy
Fot. Kaja Puto
Fot. Kaja Puto

Zza żółtego paska 2: relacja z serbsko-chorwackiej granicy

Wędrówka ludów wymknęła się spod kontroli: w piątek Chorwacja zorientowała się, że na jej teren przybyło kilkanaście tysięcy ludzi, ale nie do końca wiadomo którędy i kto. Premier Zoran Milanović zrezygnował więc z rejestracji uchodźców i pilnowania, żeby siedzieli na miejscu. Obwieścił plan B, w którym pokrótce chodzi o to, że każdy robi co chce, a rząd chorwacki mu w tym pomaga.

Z boku wygląda to tak, że uchodźcy tysiącami teleportują się z jednego miejsca na drugie, ciągnąc za sobą ogon najsprytniejszych wolontariuszy i dziennikarzy. Mniej przebiegli zastają minione miejsce akcji, tak jak premier Milanović, który odbył wczoraj oficjalną wizytę w obozie dla uchodźców pod ich nieobecność. Jeszcze w piątek w Belim Manastirze stacjonowała największa bodaj część „chorwackich” uchodźców, rano nie było już nikogo.

Wydawało się, że uchodźcy ruszą na Słowenię, która wbrew swoim piątkowym zapewnieniom („przyjmiemy tylko tych, którzy poproszą o azyl”) podstawia na przejścia graniczne w Obrežju i Rigoncach kolejne autobusy i zabiera wszystkich. Wydawało się również, że Węgry, kraj, co już wiemy, nieprzyjazny, są wykluczone, tym bardziej że wypuszczenie pociągu z uchodźcami na Węgry skończyło się w piątek aresztowaniem maszynisty i wewnątrzunijnym skandalem dyplomatycznym na skalę dotąd nieznaną (swoją drogą ciekawe, co na to chorwaccy i węgierscy nacjonaliści).

Nagle jednak okazało się, że w sobotę na Węgrzech znalazło się z pomocą Chorwacji pięć do dziesięciu tysięcy ludzi, że Węgrzy łamią wprowadzone przez siebie pięć dni temu prawo (nakaz aresztowania nielegalnych imigrantów), eskortując ludzi na austriacką granicę, oraz że robią dokładnie to samo, co zarzucają Chorwatom, to jest przerzucają gorący kartofel do kolejnego państwa. Do tego dalej plotą swoją kolczastą zagrodę, tym razem wzdłuż Chorwacji. I chyba też mają jakiś plan B, bo mobilizują rezerwistów.

Temperatura rośnie więc głównie na górze: gotuje się indolencja unijnego prawa i poczucia czasu (spotkanie na temat kryzysu zaplanowano na przyszły wtorek). Tymczasem główni aktorzy – uchodźcy – jakby gdyby nigdy nic przemieszczają się z punktu do punktu. Na złość mediom nie wymachują flagami ISIS i nie rzucają w policyjne tarcze dzieciątkiem Jezus; na szczęście bywają agresywni, to znaczy kilkadziesiąt osób jest agresywnych, a kilka tysięcy spokojnych, ale na żółty pasek wystarczy.

A bywają agresywni, bo kolejny raz w swojej podróży utykają w upale lub deszczu pod jakąś granicą, która miała być otwarta, mówili taksówkarze, a jest zamknięta, pod jakimś obozem, w którym miały być miejsca, mówili wolontariusze, ale nie ma, w jakimś państwie, które miało być Niemcami, mówili przemytnicy, ale nie jest. I nie jest to – przynajmniej w tych dwóch pierwszych przypadkach – kwestia złych intencji, ale tego, że ważność każdej informacji wynosi obecnie pięć do dziesięciu minut, a więc zdecydowanie mniej, niż zajmuje jej weryfikacja. A dzieci płaczą, kobiety mdleją, pieniądze się kończą. A szwagra wpuścili, a mnie nie.

W mediach widać momenty frustracji, na szczytach – instytucjonalny impas. Od dołu wszystko wygląda dużo spokojniej. Mimo braku koordynacji wolontariusze, lokalsi, policjanci i uchodźcy współpracują ze sobą, tworząc sprawny jak na okoliczności społeczny mechanizm. W Belim Manastirze uchodźcy wpadali do niezłego hotelu skorzystać z wi-fi czy toalety ku aprobacie kelnerów. W Tovarniku dzieci przyniosły do szkoły zabawki dla swoich rówieśników. Busy wyjeżdzające z serbsko-chorwackiej granicy na zachód obstawione zostały karetkami.

Brak odgórnej kontroli nad sytuacją jest problemem ogólnoeuropejskim. Poszczególne kraje mogą popisać się co najwyżej reakcją. I nie chodzi tu bynajmniej o pieniądze, ale o godne zachowanie. Jeśli chorwackie – niezgrabne, ale szczodre – zaproszenie uchodźców do Run, Forest run to puste zagranie PR-owe – to życzę takiego PR-u i innym krajom Europy Środkowej, bo jak na razie PR mają beznadziejny.

Kaja Puto

P.S. Pochwalona chorwacka policja puszy się, że jest bardziej europejska od Polaków.

KOMENTARZE